17.03.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
FELIETONY 200

Co tam panie w polityce?

Co tam panie w polityce?

Nie po raz pierwszy, i na pewno nie po raz ostatni – immigration.

Immigration (imigracja) jest jedną z tych kwestii (wielu powiedziałoby „jednym z tych problemów”), która towarzyszy brytyjskim politykom nieustannie od dziesięcioleci. Czasem nie schodzi z czołówek gazet, czasem jest o niej ciszej, ale zawsze jest i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Stosunek do immigration jest jednym z głównych wyznaczników programowych partii politycznych.

Ogólnie rzecz biorąc, laburzyści są „za”, konserwatyści „przeciw”. Kiedy lider konserwatystów, David Cameron, coraz bardziej liberalnymi wypowiedziami zaczął zacierać granice między programem jego partii a programem Partii Pracy, to właśnie „zneutralizowanie” stosunku do imigrantów szczególnie nie podobało się tradycyjnym wyborcom konserwatystów. I to wcale nie tylko tym radykalnym. Zaostrzenie podejścia i języka wobec imigrantów gwarantuje mu wzrost poparcia i spadek krytyki „swoich” wyborców.

Imigranci – czarna magia
Nie trzeba mieszkać na Wyspach długo, by zorientować się, które media zbijają fortunę na krzykliwych sensacjach o inwazji imigrantów. Niemal każde podsumowanie brytyjskiej prasy w Gońcu zawiera, choć jeden artykuł na ten temat. 5 listopada przez cały dzień głównym newsem na onet.eu, cytującym brukowiec „Daily Mail”, był: „Brytyjczycy: imigranci zabierają nam pracę!”. Krytyka mediów oczywiście nasila się, kiedy wychodzi na jaw jakieś potknięcie rządu związane z imigracją. Jak na przykład – to przypadki zaledwie z ostatnich kilku miesięcy – niewiedza na temat tego, ilu nielegalnych imigrantów przebywa w Wielkiej Brytanii, ilu dokładnie przyjechało po rozszerzeniu Unii, ilu więźniów-imigrantów nie zostało deportowanych.

Ostatnią „imigracyjną wpadką” rządu są właśnie tematy newsów „Daily Mail”, m.in. mówiące o tym, że w ciągu kilku dni rząd dwukrotnie wycofał się z wcześniejszych ocen rozmiarów imigracji i jej wpływu na brytyjski rynek pracy. Z wcześniejszych przechwałek, że z 2,1 mln utworzonych przez laburzystów nowych miejsc pracy, obcokrajowcom przypadła niecała jedna trzecia liczba stanowisk. Ostatecznie zrobiła się z nich ponad połowa. Jednak i ta informacja okazała się nieścisła, jako że statystyczne wyliczenia oparto na sytuacji demograficznej z 2003 roku, a więc sprzed rozszerzeniem Unii. Trudno się zatem dziwić, że autorytet rządu w sprawach związanych z imigrantami nie jest zbyt wielki.

Listy poparcia
Immigration wytwarza również pewnego rodzaju paradoks na nieokreśloną skalę. Tysiące, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że miliony „rdzennych” Brytyjczyków uważają, że imigracja na tak wielką skalę, jaka ma miejsce na Wyspach, jest zła i szkodzi „prawdziwym Brytyjczykom”. Poprawność polityczna lub strach przed oskarżeniem o rasizm czy nietolerancję nakazuje im trzymać język za zębami.

W głębi serca jednak czują, że imigracja jest problemem i na pewno nie wyjdzie na dobre krajowi. Poprawność polityczna, taka „na pokaz”, w większości mediów nie pozwala również i politykom na wygłaszanie radykalnych haseł i oświadczeń. Politycy wiedzą, o czym te miliony wyborców w głębi ducha myślą, ale nie mogą się im przypodobać, głośno potwierdzając te ich myśli i życzenia. Paradoks polega właśnie na tym, że, kiedy nieliczni politycy odważą się od czasu do czasu na wygłoszenie bardziej radykalnej opinii o imigrantach, trącą posady i pozycje w partii. Po czym zaraz dostają tysiące listów poparcia od wyborców, gratulujących im odwagi i „powiedzenia na głos tego, o czym myślą miliony”!

Czerwony dywan dla imigrantów
Najnowszy przykład pochodzi z 4 listopada. Nigel Hastilow, kandydat konserwatystów na posła z Birmingham (teraz już były), jeszcze jako kandydat napisał w miejscowej gazecie w Wolverhampton, że lokalni ludzie wierzą, że imigracja jest największym problemem, z którym Wielka Brytania musi się borykać. Zdaniem Hastilowa przed imigrantami „rozwija się czerwony dywan”, podczas gdy „lokalni muszą dawać sobie radę sami”. Partia Pracy zareagowała błyskawicznie.

W porannym programie BBC1 „The Andrew Marr Show”, 4 listopada, minister pracy i emerytur, Peter Hain, nawoływał konserwatystów do „pozbycia się” Nigela Hastilowa. Hain powiedział też, że komentarze Hastilowa wyeksponowały „rasistowskie ciągoty mas konserwatystów”, ponieważ pomimo tego, że lider Cameron i inni politycy deklarują walkę z rasizmem, wielu „zwykłych” członków partii ma takie „zacofane opinie”. Na drugi dzień niejako potwierdził to sam Hastilow.

Powiedział, że nie ma zamiaru przepraszać za swoje wypowiedzi, ponieważ wyraził głośno to, o czym mówią tysiące potencjalnych wyborców podczas spotkań z nim. Zrobił jedynie to, co powinien zrobić każdy poseł – „reprezentował opinię ludzi ze swojego okręgu wyborczego”. Kosztowało go to utratę pozycji kandydata do parlamentu. Na osłodę dostaje już tysiące dziękczynnych listów poparcia.

Marta Mills