WYWIADY 230
„Gdybym wiedział, że będę tu proboszczem... to by mnie tu pewnie nie było”
Proboszcz polskiej parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła na Ealingu: ksiądz Krzysztof Wojcieszak, wraca do Polski. Tym samym w niedzielę, 24 sierpnia, zakończy 6 lat posługi kapłańskiej na obczyźnie.
Filip Cuprych: Dlaczego zdecydował się ksiądz na seminarium i na taki, a nie inny sposób życia?
Ksiądz Krzysztof Wojcieszak: Wierzę; jestem o tym wewnętrznie przekonany, że jest to łaska od Boga. Gdybym nie miał takiego przekonania, to nigdy sam bym takiej właśnie drogi nie wybrał. To był wybór ze względu na osobę Jezusa Chrystusa, któremu ofiarowałem swoje życie.
Kiedy u młodego Krzysztofa pojawiła się po raz pierwszy taka myśl?
Myślę, że to był czas szkoły podstawowej. Byłem wtedy ministrantem i podpatrywałem od zakrystii pracę kapłanów. Ale wszystko konkretyzowało się w mojej głowie, zwłaszcza w szkole średniej. Wtedy coraz bardziej czułem wewnętrzne przynaglenie, abym został kapłanem w Zgromadzeniu Księży Marianów.
Dość często zdarza się tak, że rodzice mają wymyśloną przyszłość dla swojego dziecka i niechętnie godzą się na jego inny wybór. Jak zareagowali księdza rodzice?
Pochodzę z religijnej rodziny, tak więc moja decyzja ich po prostu bardzo ucieszyła. Nie było żadnych problemów ze zrozumieniem i zaakceptowaniem drogi życia, którą wybrałem.
W Polsce los przerzucał księdza z placówki na placówkę. Którą z nich wspomina ksiądz proboszcz najmilej?
Proszę mi uwierzyć, że wszędzie mi się doskonale pracowało. Ja kocham kapłaństwo i nie jest ważne, czy pracuje się w małej parafii, czy dużej, wszędzie są ludzie, dla których można dużo zrobić. Największe doświadczenie zdobyłem na pewno w Górze Kalwarii pod Warszawą, skąd przyjechałem do Londynu. Tamtejsza parafia liczyła sobie wtedy ok. 12 tysięcy wiernych. Pracowaliśmy tam w zespole dziewięciu kapłanów. To było dla mnie naprawdę wielkie wyzwanie. Ale cenię sobie też bardzo pracę w Stoczku na Warmii. Tam parafia liczyła zaledwie 760 osób, ale od maja do października był czas licznych pielgrzymek, gdyż znajduje się tam sanktuarium Matki Pokoju, a w nim obraz koronowany przez Jana Pawła II. Jest to miejsce, gdzie był więziony Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński. Było tam też dużo pracy i naprawdę nie nudziłem się. Chyba nie potrafię...
Miał ksiądz jakieś obawy przed przyjazdem do Londynu? Teraz zarządza ksiądz przecież największą polską parafią w Anglii i Walii.
Kiedy przyjeżdżałem tutaj, wiedziałem, że przychodzę pomóc zespołowi kapłanów pod kierunkiem ówczesnego proboszcza Stanisława Drozdowskiego. Szczerze mówiąc, liczyłem, że to będzie też i dla mnie czas pewnego odpoczynku po pracy w Polsce, bo tam nieprzerwanie przez 16 lat sprawowałem jakieś odpowiedzialne funkcje. Byłem prefektem kleryków w seminarium, kustoszem, przełożonym wspólnoty zakonnej i proboszczem w sanktuarium maryjnym w Stoczku Warmińskim. Późnej byłem także przełożonym wspólnoty i proboszczem parafii w Górze Kalwarii. I nagle, po dwóch i pół roku pracy na Ealingu, okazało się, że zostałem mianowany proboszczem tej parafii, i tak jest do dziś. Gdybym wtedy wiedział, że tu będę proboszczem, to prawdopodobnie by mnie tu nie było... (śmiech).
Co było łatwiejsze: zarządzanie tą parafią czy jakąkolwiek inną w Polsce?
Zdecydowanie w Polsce jest łatwiej. Tutaj jest całkiem inna rzeczywistość, nie ukrywam, że trudniejsza. Generalnie, od samego początku spotykałem się z dużą życzliwością ludzi. Być może nie udało mi się spełnić wielu oczekiwań tutejszych parafian, zwłaszcza najstarszej Polonii, ale nie spotkały mnie tu żadne przykrości.
Jak pracowało się księdzu w obcym kraju? Jak postrzega ksiądz podejście nowej emigracji do wiary, Kościoła, do samych księży?
Ci Polacy, którzy przyjechali tu w ostatnich latach bądź cały czas przyjeżdżają, są już w jakimś stopniu ukształtowani, uformowani religijnie przez polskich księży. Kościół zawsze w jakiś sposób był w ich życiu obecny. Muszę przyznać, że rozumiemy się z nimi znacznie lepiej niż z powojenną Polonią. To nie wypływa ze złej woli jednej czy drugiej strony. Po prostu my zostaliśmy ukształtowani w Polsce, w pewnych określonych warunkach i one tutaj właśnie zostały przeniesione, i tu nadal funkcjonują. Z kolei my też przynieśliśmy tutaj ze sobą pewien styl kapłaństwa. Trudno mi określić czy też nazwać ten problem po imieniu. To jest jakaś, według mnie, niewidoczna bariera mentalna. Powojenna Polonia ma trochę inne oczekiwania wobec nas, którzy przyjeżdżamy tu z pewnymi własnymi nawykami. Potrzebna jest dobra wola z obu stron i na pewno będzie dobrze, co wcale nie znaczy, że jest źle. Docieramy się.
Co po tych sześciu latach uznałby ksiądz za swój największy sukces?
Trudno mi mówić o osobistym sukcesie, bo wszyscy pracujemy na tych samych obrotach i wszyscy wykonujemy bardzo ważną pracę dla naszej parafii. Jest nas tu sześciu zakonnych kapłanów. W każdą niedzielę mamy na mszach św. ponad cztery tysiące wiernych. Jest dla kogo pracować. Jako wspólnota kapłańska i zakonna spotykamy się regularnie co tydzień i omawiamy bieżące problemy, wyznaczamy sobie nowe cele oraz zadania i razem pracujemy nad tym, żeby nasi parafianie byli jak najlepiej obsłużeni. Ja sam bym niczego nie dokonał, gdyby nie zrozumienie i świetna współpraca z moimi współbraćmi kapłanami. Jeżeli coś dobrego udało się dokonać, to jest to nasze wspólne dzieło. Wciąż na nowo razem rozeznajemy, co powinniśmy jeszcze zrobić w tej parafii.
A czy zdarzyły się jakieś porażki, wpadki, coś nie zostało dokończone?
Nie uznałbym tego za porażkę, ale na pewno musimy ciągle szukać jakichś sprawniejszych rozwiązań związanych z problemami naszych parafian. Jedni nie mają pieniędzy, inni pracy, jeszcze inni mieszkania. Często przychodzą z tymi wielkimi problemami do nas. Nie potrafimy jeszcze tego w jakiś systemowy sposób rozwiązać, bo nie mamy do tego warunków ani wykształconych struktur, które by służyły taką właśnie formą pomocy. Myślę, że jest to w ogóle zadanie dla całej Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii. Poza tym sądzę, że dużo więcej można też zrobić dla młodzieży i dzieci. Zwłaszcza tych, które już się tutaj urodziły, ale także dla tych, którzy gremialnie przyjeżdżają z Polski. Istnieje problem integracji tych ludzi ze sobą, a my na pewno możemy tutaj dużo zrobić. Potrzebna jest też inicjatywa oddolna.
Dość często zdarza się tak, że parafianie się po prostu „skarżą” na jedno: jak już zdążyli poznać i przyzwyczaić się do swojego proboszcza, to im go zabierają. Dlaczego tak się dzieje?
No... tak funkcjonuje Kościół... (śmiech). Są zmiany i one na pewno są korzystne. Z jednej strony dla kapłana, który odchodzi, bo w nowym miejscu poznaje nowych ludzi i zdobywa nowe doświadczenia. Zmiana taka jest też korzystna dla samej parafii i parafian, bo przychodzi nowy proboszcz, który pewnie coś udoskonala, coś poprawia po swoim poprzedniku. Trzeba na to patrzeć pozytywnie.
A kto odwołuje księdza proboszcza?
Mnie odwołuje mój przełożony zakonny, ojciec prowincjał z Warszawy, ks. Paweł Naumowicz. Zresztą to taka trochę zabawna sytuacja, bo najpierw on był moim wychowankiem, gdy uczyłem go religii przez całą szkołę średnią, a teraz... proszę bardzo, on decyduje o tym, co ja będę robił w Kościele, jaką nową pracę podejmę... (śmiech).
I dokąd się teraz ksiądz przenosi?
Ksiądz prowincjał zaproponował mi placówkę w Puszczy Mariańskiej, w okolicach Skierniewic i Żyrardowa, gdzie mam zostać proboszczem 3,5-tysięcznej parafii i przełożonym wspólnoty zakonnej. To jest nasza pierwsza zakonna placówka Zgromadzenia Księży Marianów, którą powołał do życia założyciel naszego zgromadzenia, błogosławiony Stanisław Papczyński.
Filip Cuprych