07.10.2008  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
PODRóżE 235

Miasto dwóch mórz

Miasto dwóch mórz Mówi się, iż główny port lotniczy każdego kraju stanowi jego dobrą bądź złą wizytówkę. Ja stosuję inne kryterium, którym jest funkcjonowanie transportu z lotniska do miasta. Nie wspominam o drogim serwisie taksówkowym, lecz o komunikacji miejskiej. Owe kryterium pozwoliło mi ocenić Auckland słowem „brawo!”.

Airbus Express odjeżdża co 20 minut z przystanku przy terminalu przylotowym lotniska, a jego wyposażenie rychło uświadamia, do jakiego kraju sprowadził nas los. Naturalnie wielką wygodą są obszerne półki przeznaczone na bagaże, których większość zwykle stanowią wypchane plecaki, lecz prawdziwie imponujące wrażenie wywiera kolorowa galeria dziesiątek folderów, broszur i porad, stanowiąca nieoczekiwaną skarbnicę informacji o atrakcjach i noclegach w Auckland. To się nazywa pomoc i promocja miasta! Podczas godzinnej jazdy miałem dość czasu, by je przestudiować i wybrać miejsce zakwaterowania. Linia Airbus Express ma unikalną dla wielkiej metropolii zaletę: prowadzi ulicami centralnej części miasta, gdzie zlokalizowane są Backpackers – liczne i jak na warunki metropolii tanie hostele, działające głównie z myślą o rzeszy turystów z plecakami (backpack – ang. plecak), rokrocznie tłumnie odwiedzających Nową Zelandię. Autobus zatrzymuje się przy prawie każdym z nich, co szczególnie dla początkujących podróżników (także przy odjeździe na lotnisko) stanowi zwykle niewysłowioną zaletę. Radami i sugestiami dotyczącymi alternatywy lepszego wyboru w Auckland zwykle służy kierowca, który z woli sytuacji jest jednym z pierwszych Kiwi (potoczne określenie Nowozelandczyków), jacy chętnie pokierują nami w podróży po kraju.

Dalekie – bliskie antypody
Nowa Zelandia jest obiektem westchnień każdego, kto posiada choć niewielki pierwiastek podróżniczego zamiłowania. Nazwa kraju dwóch dużych wysp, Północnej i Południowej, rzuconych daleko na ciepłe wody południowego Pacyfiku, wpływa na wyobraźnię nastrojowo, by nie rzec marzycielsko. Nic dziwnego; choć świat dawno stał się wielką wioską, to od Aotearoa – Kraju Długiej Białej Chmury, jak mówią o niej Maorysi, nadal dzieli nas niebotyczna przestrzeń ponad 20 tys. km. Lecz nie może stać się ona przeszkodą w drodze do poznania jednego z najpiękniejszych zakątków świata, gdzie zmiana pór roku jest szczególnym pretekstem do odnowienia się natury w jej niezmierzonym bogactwie kolorów i zjawisk, a historia bezwiednie przeplata się z życiem codziennym jej obywateli.
Choć Aotearoa pojawiła się przed dziobami łodzi polinezyjskich żeglarzy ponad 1000 lat temu, a w 1642 r. Holender Abel Tasman stracił tutaj kilku swoich marynarzy, to dla Europejczyków jej rzeczywistym odkrywcą został kapitan James Cook, który opisał ją podczas pierwszej podróży po Pacyfiku (1768-71). Wiernie naniósł też na mapy szczegóły linii Wyspy Północnej, nazwanej przez Maorysów Te Ika a Maui, co znaczy Ryba Maui (Maui – bóg w wierzeniach wyspiarzy Pacyfiku). Okres brytyjskiej kolonizacji wysp pełen był ciągłych napięć, zatargów i krwawych starć z tubylcami. Mając świadomość niesubordynowanej,  awanturniczej natury europejskich osiedleńców, jak i zainteresowania wyspami ze strony Francuzów, rząd brytyjski oddelegował tam gubernatora Williama Hobsona z zadaniem wyklarowania sytuacji. Podpisany w lutym 1840 r. Traktat z Waitangi jest fundamentem Nowej Zelandii i gwarancją praw Maorysów. Stolicę nowego państwa Hobson widział początkowo w osadzie Okiato, lecz wkrótce przeniósł ją do lepiej usytuowanego Auckland. Roszadę powtórzono w 1865 r., tym razem z osadą Wellington, która pozostała stolicą po wsze czasy. Lecz sentyment Auckland do sławy, jakby na przekór niepowodzeniu, wytyczył mu rolę ekonomicznego centrum kraju i turystycznej mekki Pacyfiku.

Mój przyjaciel Evan Fray
Najlepszym sposobem szybkiego zaaklimatyzowania się w tutejszej różnorodności jest tzw coast to coast walkway – 16-kilometrowa trasa prowadząca przestrzenią międzymorza (isthmus) od wybrzeża pacyficznej zatoki Waitemata do plaż Manukau Harbour. Doświadczymy tu najlepszych rzeczy, jakie Auckland ma do zaoferowania: poza obiektami miejskimi przemierzymy Domain – najstarszy, 75-hektarowy park miasta, wypełniający nieckę wygasłego wulkanu Pukekawa, „zahaczymy” o majestatyczną bryłę Auckland War Memorial Museum, wybudowanego na jego wypchniętej w górę krawędzi; miniemy zielone stożki wulkanuów Mt Eden i One Tree Hill – ten ostatni jako największy w zamierzchłych czasach maoryski pa – ufortyfikowany obóz, jakie Maorysi budowali na wulkanicznych stożkach. Szlak usiany jest unikatami powstałymi z woli natury bądź są dziełem człowieka: uroczymi parkami i ogrodami, rozlokowanymi wśród wzniesień, ujmujacymi zabytkami architektury, tworami intensywnych procesów geologicznych minionej ery. W przeszłości Maorysi przenosili tędy swoje canoe, by do woli korzystać z zalet oferowanych przez morza, odseparowane wąskim pasem lądu.
Najlepsze chwile podczas pobytu w Auckland zawdzięczam Evanowi Frayowi, mieszkającemu w zachodniej dzielnicy Massey. Evan to inżynier mechanik z wykształcenia, doskonały kontrabasista i konstruktor dwuosobowych samochodów sportowych, klasyfikowanych w Nowej Zelandii jako Road Going Two Seater Sportscars. W swoim warsztacie wykonał ich ponad 200 szt. o pojemności silników nawet do 6 litrów. Zadziwił mnie głęboko humanistyczną naturą i historycznymi wiadomościami na temat miasta. Nigdy w życiu nie spotkał Polaka, choć ma w świecie rozległe znajomości i kontakty. Jego sugestie zaprowadziły mnie do unikalnych zakątków miasta, które ujrzałem od srony, jakiej nie proponuje żaden z turystycznych przewodników. Mocno utkwiła mi też w pamięci definicja „prawdziwego Aucklandczyka”, którą w tajemnicy podał mi Evan. Z lekką drwiną wyjaśnił, że Westies – tak o sobie mówią – tatuują na bicepsach roznegliżowane kobiety, chodzą w czarnych swetrach, koniecznie z kubkiem kawy w dłoni, bezwarunkowo jeżdżą starym holdenem (australijska nazwa opla).
Pierwsze zdjęcia zapierającej dech w piersiach panoramy Auckland wykonałem w Devonport – raju przeuroczych restauracji i kawiarenek. W ich sąsiedztwie wznosi się wulkan Mt Victoria, z którego poprzez wody Waitemata Harbour, drapacze chmur i dominująca nad nimi szpica wieży telewizyjnej wydają się obrazem nie z tego świata. Kilkaset metrów dalej wulkan North Head zadziwia nie tylko zaciszną panoramą leżącej u jego stóp plaży Chaltenham i morskim pejzażem płaskiego stożka wulkanu – wyspy Rangitoto, lecz także infrastrukturą gotową odwrócić wzrok od krajobrazu. W minionym stuleciu wzgórze stanowiło kluczowy punkt systemu obronnego miasta. Choć North Head jest dzisiaj częścią Morskiego Parku Zatoki Hauraki, na jego wierzchołku znajdują się zachowane baraki wojskowe i stanowiska olbrzymich dział Armstronga. Zamontowano je tutaj w 1885 r., w szczytowym okresie rosyjskiego, jak uważano, zagrożenia. Choć nigdy nie zagrzmiały, są pozostałością pierścienia militarnych fortyfikacji, jakie miały posłużyć obronie miasta. Wnętrze góry wypełniają instalacje obronne, bunkry i tunele, z których część jest dostępna.

Świat zastygłej lawy
Wulkany Auckland to temat do opowieści z dreszczykiem. Wywołać go może świadomość, że miasto praktycznie spoczywa na polu wulkanicznym, a w jego obrębie jest ich ponad 50.
Najwcześniej, bo 120 tys. lat temu, eksplodowały Pukekawa i krater, w którego niszy wypielęgnowano Albert Park – najpiękniejszy zieleniec w centrum miasta. Rangitoto, jako ostatni, eksplodował przed 600 laty. Stąd też krajobraz metropolii modelują nie tylko zielone, sejsmiczne kopuły, ale i czerń zastygłego bazaltu, który przed tysiącami lat strugami lawy zalewał przestrzenie lasów i kreślił na nowo linię brzegową sąsiednich zatok. Wybierając się w kilkukilometrową wędrówkę brzegiem morza od Chaltenham Beach do Takapuna i dalej do Milford, poza ekscytacją kolorami flory, rozłożystością endemicznych drzew pohutukawa, hukiem fal nacierających na skalistą falezę, urokiem ogródków sięgających płotkami plaż, domków, rezydencji i willi, otwierających elewacje ogrodowe na światło od strony morza, wielokroć natrafimy na unikalne płaskorzeźby w smolistej magmie, którą to tak trudno umiejętnie sfotografować.
Krajobrazową osobliwością jest zatoka Hauraki. Znajdujące się tam liczne urokliwe wyspy stały się tradycyjnymi miejscami piknikowymi nad wodą. Linia promowa Fullers regularnie obsługuje największe z nich, jak Waiheke czy wspomniana Rangitoto. Przystań promowa przy Quey Street jest największą z ośmiu w zatoce i obsługuje większość kierunków łączących centrum z rozrzuconymi na półwyspach okolicami. Maoryskie canoe pływały tu jako pierwsze; późniejsze osadnictwo brytyjskie wykorzystało żwawe łodzie żaglowe; dopiero napęd parowy sprowadził do Auckland komunikacyjną rewolucję i statki z napędem łopatowym. Do maja 1959 r., do dnia oddania mostu Harbour Bridge, zapewniały one jedyny, w miarę szybki dostęp do rozległego regionu North Shore. We wczesnych latach 80. minionego stulecia złomowano je bądź zatapiano tam, gdzie miasto powiększało swoje terytorium o przestrzenie zagarnięte wodzie (tzw. land reclamation). Los ten spotkał m.in. promy zwodowane w Auckland: „The Peregrine”, wybudowany w 1912 r., „Makora” (1921) i „Takapuna” (1924), przez których cmentarzysko – zatokę St. Mary, prowadzi dzisiaj przestronna trasa szybkiego ruchu.

Spacerem do przeszłości
Bogactwo plaż, niezliczone trasy pieszych wędrówek, obserwacja flory i fauny w nieskażonej postaci, wymarzony klimat i – co dla wyobraźni turysty najważniejsze – sąsiedztwo archipelagów Mórz Południowych, czynią Auckland jednym z najatrakcyjniejszych celów wakacyjnych eskapad. I chociaż większość turystów poszukuje atrakcji wyrosłych z nowoczesności miasta i mody, chęci podniesienia dawki adrenaliny (skoki na bungee z wieży telewizyjnej i Harbour Bridge), to historia metropolii proponuje nie mniej ciekawe rendez-vous. Od nowoczesności Auckland do jego przeszłości jest tylko kilkanaście minut. Tyle zwykle trwa spacer z centrum do historycznych dzielinic miasta. Jedną z nich – najstarszą, mozaikową, nieustannie tętniącą energią życia – jest Ponsonby. Od zawsze przyciągała artystów, prawników, polityków i rewolucjonistów, patronowała skrajnościom i kreowała mody. Równie wiekową, do tego droższą, jest dzielnica Parnell, leżąca na wschód od centrum. W zaciszach wijących się na wzgórzach uliczek tutejsze wiekowe domki (np. Dom Admirała z 1851 r. przy Scarborough Terrace) rozbrajają urokliwą architekturą i elegancją. Należały do biznesmenów, handlarzy i robotników działających i pracujących w obrębie Mechanics Bay – kolebki przemysłu i rozwoju Auckland.
Choć Auckland posiada tysiące podobnych miejsc o unikalnym statusie, najgłębiej w moim sercu utkwił zabytek, jaki dojrzałem podczas marszu nadbrzeżem spektakularnej Tamaki Drive, tuż po drugiej stronie zatoczki Judges Bay. Lśniąca biel drewnianych ścian kościółka St. Stephen’s (1856) wdzięcznie odcinała się w bujnej zieleni wzgórza dominującego nad wodą. Odnalazłem tam niewielki cmentarzyk zachowujący sentymentalną aurę przeszłości i kamienne nagrobki szacownych obywateli Auckland, chowanych tu od 1844 r.

Gorąca inicjacja
Któregoś dnia Evan i jego syn Michael zaproponowali mi wypad do Taupo – miasta leżącego nad jeziorem o tej samej nazwie. Zbliżał się termin wyścigów samochodowych na tamtejszym torze, których mój przyjaciel był stałym uczestnikiem. Zapragnął także pokazać mi gorące źródła w okolicach miasta Rotorua, które leżały niemalże po drodze. Termin wyjazdu i kierunek doskonale korelowały z moimi planami, bowiem Taupo stanowiło kolejny etap mojej podróży po Wyspie Północnej. Do campera Evan doczepił lavetę z bolidem własnej konstrukcji i opuściliśmy Auckland, kierując się na Hamilton. Z pomocą Evana i Michaela zmagałem się z wymową maoryskich nazw, czytanych po drodze, lecz fonetyczne niuanse miękkiej maoryskiej mowy sprawiały mi kłopot. Jak więc poradzić sobie z płynnym wyartykułowaniem 57 liter umieszczonych gdzieś na drogowskazie w okolicach Hawke’s Bay. Słowo Taumatawhakatangihangakoauauotamateapokaiwhenuakitanatahu znaczy „Nawis wzgórza gdzie Tamatea który tędy szedł grał na flecie swojej kochance” i jest najdłuższym w użyciu w Nowej Zelandii.
Noc zastała nas kluczących bocznymi drogami. Zjechaliśmy na ubocze. W światłach chevroleta unosiła się gęsta mgła i czuć było zapach siarki. – Czas na kąpiel i twój chrzest w gorącym źródle – oznajmił Evan. Parujące źródło rozlewało się w płytkie jeziorko. Zanurzyłem się w rozkosznie ciepłej czerni, nieprzeniknionej i tajemniczej. Łażąc po dnie, czułem na dłoniach miejsca ciepłej lub wręcz parzącej wody, wybijającej spod dna. Nie sądzę, by inne okoliczności, miejsce i czas pozwoliły tak dogłębnie, nastrojowo i ujmująco odczuć prawdziwą duszę Nowej Zelandii, jak uczyniło to jezioro i rzeczka Rotoma.
Część II relacji już za tydzień.

Andrzej Łapiński