GALERIA 235
Potwory i różne takie
Dzisiejsza sztuka próbuje tak różnych rzeczy, że trudno już znaleźć wspólny mianownik dla tak odmiennych działań. Może więc dać spokój i zrezygnować z szukania pasującej do wszystkiego formuły czy jasnej definicji czym jest, czym powinna być sztuka? Skoro modelem naszych czasów, z dobrymi i złymi tego stronami, jest wolny rynek, pozwólmy także artystom, by każdy z nich indywidualnie i na własny sposób zabiegał o naszą uwagę, zajmował nas swymi dziełami, pouczał lub bawił.
Pamiętam, ile kłopotu sprawiło mi przed siedmioma laty pierwsze spotkanie w Barbicanie ze sztuką Toma Friedmana (ur. 1965 r.), którego indywidualną wystawę prezentuje teraz w Londynie Gagosian Gallery, niedaleko Kings Cross. Nie bardzo wiedziałem, jak go ugryźć, czego szukać w jego pracach.
Liszka i koronkowe krzesło
Potrafił na przykład z własnych włosów zrobić sporą, kosmatą gąsienicę i umieścić ją wysoko na pustej ścianie tak, że nieoczekiwanie odkrywając ją tam, nie sposób było nie wzdrygnąć się na jej widok. Jako rzeźbę przedstawiał zaś stare drewniane krzesło. Niby zwykłe, ale każdą jego nogę, belki oparcia i siedzenie poprzewiercał na wylot wiertarką tam, gdzie tylko się dało, zamieniając je w niezliczone dziury – jak ser szwajcarski; istną koronkę. Aż dziw, że krzesło nadal stało. Cud zdematerializowania. Nie daj Boże usiąść!
Friedman nadal intryguje, zadziwia i bawi takimi dziełami. Zrezygnowałem z prób ich zrozumienia. Działają bardziej bezpośrednio, jakby przez skórę. O czym są, nie wiem. Może nieważne jest nazywanie. Mają w sobie coś z eksperymentu. Kwestionują to, co oczywiste, ale wstydzą się bawić.
Metamorfozy śmiecia
Chwilami zdają się być absurdalną kpiną (jak miniaturowy autoportret wyrzeźbiony w tabletce aspiryny), ale nie sposób też nie pochylić głowy z podziwem nad pieczołowitością i niekwestionowanym znawstwem materiałów oraz sposobów ich użycia. A wszystko dla stworzenia czasem trywialnych, czasem zachwycających dzieł, jak choćby potwory pokazywane na obecnej londyńskiej wystawie.
Pierwszy, ponad dwumetrowy „Zielony demon” (2008 r.), wita nas zaraz przy wejściu. Zrobiony z setek drobnych plastikowych śmieci, obsesyjny w nagromadzeniu detali, łypie na nas gałkami swych rozrzuconych po całym ciele oczu, a w grymasie wykrzywionej gęby, najeżonej kolcami zębów, wyraźnie nawiązuje do misternych masek z wysp Oceanii. Drugi to wspierający się o ścianę, zmęczony, rozsypujący po ziemi swe rozkładające się ciało „Zombie”, żywy trup zrobiony z kawałków mistrzowsko podartych, pozwijanych i sklejonych starych gazet. Oba należą do świata obrazów masowej kultury, ale manifestują też prawdziwą radość i talent tworzenia, wyczarowywania cudów z niczego.
Wolność twórczego eksperymentu
Śmieci i zwykłe, proste, drobne przedmioty to materiały, jakich Friedman najchętniej używa do swych konstrukcji i obiektów. Niektóre nasuwają skojarzenia z poglądowymi modelami chemicznych struktur czy matematycznych wykresów i wzorów. Na ścianie geometryczna przestrzenna arabeska zrobiona z przyciętych i połączonych ze sobą ołówków. Na podłodze prosty biały łuk z włożonych jeden w drugi styropianowych kubków, jak ilustracja twórczych zabaw z formą. Ale są tu i ogromne, misternie wycięte z dziesiątków ilustracji z magazynów kolaże. Tu do głosu dochodzą przesyt, nagromadzenie detali, zalew informacji, które sprawiają, że widz zanurza się w nie za pomocą oka i tonie w kosmicznych galaktykach ud, pośladków, wykrzywionych twarzy i anatomicznych szczegółów.
W każdej pracy Friedman czymś innym nas zaciekawia, mąci nam w głowie, i przestajemy już pytać: „Sztuka to czy nie sztuka”? – ważne, że nas intryguje, zadziwia i bawi.
Andrzej Maria Borkowski