GALERIA 239
Melancholijne zapatrzenia
Ze sławnych Duńczyków pamiętam Andersena i Karen Blixen, tę od „Fantastycznych opowieści” i „Out of Africa”. Dodałbym jeszcze filozofa Kierkegaarda i fizyka Nielsa Bohra, a z duńskich artystów rzeźbiarza Thorwaldsena, twórcę warszawskich pomników Kopernika i księcia Józefa. Do tej krótkiej listy dołączę jeszcze jednego artystę, malarza Vilhelma Hammershøi (1864-1916), którego pojedyncze obrazy przed kilkunastu laty wyciągnięto z magazynów i zaczęto pokazywać na zbiorowych wystawach skandynawskiej sztuki.
Zachwyciły mnie wtedy swym melancholijnym nastrojem. Tego lata Royal Academy poświęca mu indywidualną wystawę. Poprzednią miał w Londynie w 1907 roku.
Niewielu z nas słyszało chyba o tym Duńczyku, ale na początku XX wieku był artystą znanym w całej Europie. Wystawiał swoje prace w Paryżu, Monachium, Berlinie, Petersburgu i Londynie, na Biennale w Wenecji i w Rzymie.
Malarz ciszy
Stwierdzenie, że był „głośnym artystą” byłoby nieodpowiednie, bo zamknięty w sobie, nieudzielający się w życiu publicznym, sławę zawdzięcza płótnom pełnym melancholii i ciszy. W ciągu całego życia nie namalował ich wiele – 370 olejnych obrazów, z których 71 prezentowanych jest na obecnej londyńskiej wystawie. Są wśród nich pejzaże z wielkim niebem i nieskończonością przestrzeni, są zamglone widoki miejskiej architektury, szare w rozproszonym świetle dnia i zawsze bez ludzi. Jest także kilka portretów zamyślonych, zamkniętych w sobie osób, na ogół kobiet, takich jak siostra Anna i żona Ida. Tak jak u Whistlera, którego Hammershøi ogromnie cenił, bardziej są to portrety nastroju i wnętrza, niedostępne dla oka duszy.
Puste pokoje
Jednak na wystawie i w twórczości artysty jest najwięcej obrazów białych, uchylonych drzwi i pustych wnętrz, jak gdyby ktoś był tu przed chwilą, poszedł, pozostawił po sobie ulotność wspomnienia. Najsłynniejsze powstały w latach 1898-1909, gdy artysta zajmował z żoną stary, XVII-wieczny dom przy Strandgade 30 w Kopenhadze. Pomalowane na biało przestronne pokoje, nieliczne proste meble w neoklasycystycznym stylu i pojedyncza kobieca figura, której twarzy nigdy nie możemy poznać (zwrócona prawie zawsze tyłem do widza) – to elementy, z których Hammershøi buduje swe obrazy.
Od starych mistrzów ku abstrakcji
Widać w nich inspiracje starą holenderską sztuką, mistrzami domowych wnętrz, jak Pieter de Hooch, Eling czy de Vitte, a nade wszystko malarstwem Vermeera. Tamte jednak w znacznym stopniu są bardziej obrazami konkretnych miejsc i czasów, pełne drobiazgów i codziennych zajęć. Hammershøi z codzienności wyczarowuje wieczność i trwanie, a jego miejsca, wnętrza i budowle są dziwnie uogólnione, anonimowe i nienazwane. Mogłyby być wszędzie, nigdzie nie należą. Gdy dobrze się przyjrzysz, odkryjesz, że drzwi są tu czasem bez klamek, postaciom brakuje stóp, a cienie nóg stołu potrafią padać w różne strony. Wszystko jest sprowadzone do minimum. Płótna są oszczędne w formie i kolorze, malowane najczęściej w różnych odcieniach zielonkawych i srebrzystych szarości i bieli, pełne są niedopowiedzeń. Emanują urzekającą dla jednych, niepokojącą dla innych atmosferą milczenia, niemal tajemnicy. Są szczytowym wcieleniem symbolizmu, epoki Stefana Mallarmégo, Ibsena i Rilkego. Bez natręctwa metafor i ciężkich alegorii, które spotyka się u podrzędniejszych przedstawicieli tego inspirowanego muzyką i poezją ruchu czasów fin de siècle, stara się wyrazić świat wewnętrznych przeżyć i nastrojów, sugerować to, co jest nieuchwytne, niematerialne, niemożliwe do wypowiedzenia.
Andrzej Maria Borkowski