FELIETONY 243
Unia (nie)boi się Rosji
„Rosja ma gaz i ropę, ale na surowcach bogaci się jedynie grupa oligarchów, reszta Rosjan żyje w biedzie i nędzy” – powiedział mi jeszcze przed szczytem Unii Europejskiej były brytyjski minister ds. Europy Denis MacShane. Jednak w gaz i ropę Rosja zaopatruje przede wszystkim Unię Europejską, dlatego po wybuchu wojny na Kaukazie Włochom czy początkowo Niemcom tak trudno było zwrócić uwagę Moskwie.
Jednak miarka się przebrała, kiedy Rosja wrzuciła do kosza postanowienia pokojowe, które podpisała po konsultacjach z przewodniczącą obecnie Unii Europejskiej Francją.
– Znam te rosyjskie sztuczki – mówiła kanclerz Niemiec, kiedy po wielokrotnych nawoływaniach Europy, by Moskwa wycofała swoje siły zbrojne z terytorium Gruzji, wojska rosyjskie okopywały się tam na dobre.
Zabawie w kotka i myszkę z Rosją Unia postanowiła wreszcie powiedzieć dość i na dodatek – uwaga – wspólnym i stanowczym głosem, a więc dokonać czegoś, co w Unii zdarza się bardzo rzadko.
1 września do stolicy europejskiej zjechali przywódcy 27 państw członkowskich, by zająć wspólne stanowisko na temat tego, co zrobić z niesforną Rosją.
Miało ono być „wspólne”, choć jeszcze przed szczytem z Europy docierały różne głosy. Włochy, Hiszpania, Grecja i Cypr unikały jakiejkolwiek krytyki Rosji, obawiając się o swoje kontrakty energetyczne z Moskwą i interesy gospodarcze swoich inwestorów na Wschodzie. Finlandia i Belgia przestrzegały przed antyrosyjską retoryką, która mogłaby sprowokować Kreml, a niemiecki minister spraw zagranicznych Steinmeir „mądrze radził” całej reszcie, że zerwanie stosunków z Rosją więcej kosztowałoby Europę niż Moskwę, bo „bezpieczeństwo i stabilizację w Europie można osiągnąć tylko z Rosją, a nie przeciwko niej”.
Rady europejskich kolegów okazały się na tyle przekonujące, że oskarżana wielokrotnie o rusofobię Polska postanowiła zrezygnować na szczycie z żądania sankcji wobec Rosji. 1 września w obozie unijnych zwolenników ukarania Kremla wciąż jednak walczyli w Brukseli Czesi, Szwedzi, Bałtowie i... Brytyjczycy. Tak stanowczych żądań tych ostatnich w Brukseli nikt się chyba nie spodziewał, ale Rosja zbyt długo grała Wielkiej Brytanii na nosie. Zaczęło się od morderstwa Aleksandra Litwinienki w Londynie, potem zamknięto British Council w Moskwie i wyrzucono brytyjskich dyplomatów, wreszcie Putin zaczął się mieszać w interesy koncernów paliwowych Shella i BP.
Pomimo olbrzymiej chęci odwetu, skrywanej pod pozorami ochrony pokoju międzynarodowego, Brytyjczykom nie udało się jednak przekonać reszty Unii do nałożenia sankcji na Rosję. Po naciskach Gordona Browna przywódcy
26 państw członkowskich zgodzili się na zamrożenie następnej tury rozmów z Rosją w sprawie porozumienia o Partnerstwie i Współpracy, a do deklaracji kończącej szczyt wpisano ostre słowa potępienia działań wojsk rosyjskich na Kaukazie.
„Postanowienia szczytu to sukces Unii Europejskiej” informowały następnego dnia nagłówki większości europejskich gazet. Dlaczego? Bo „27 przywódców państw przemówiło jednym, stanowczym i rozważnym głosem”. Czyżby? Na szczycie wygrało kompromisowe stanowisko Francji i Niemiec. Unia Europejska po raz kolejny tylko słownie potępiła Moskwę, rozmowy w sprawie porozumienia, które zostały zamrożone, miały mieć jedynie charakter roboczy. Poza decyzją o kolejnym spotkaniu Sarkozy’ego z Miedwiediewem w deklaracji ze szczytu nie znalazł się zapis o jakichkolwiek innych konkretnych działaniach Unii wobec Rosji.
Moskwa skwitowała postanowienia państw członkowskich w trzech słowach: „kolejna bezzębna deklaracja”. Ambasador Rosji przy Unii Europejskiej Władimir Cziżow zaraz po szczycie powiedział, że „decyzje przywódców europejskich były do przewidzenia, bo w XXI wieku, w świecie pełnym współzależności, Rosji nie można izolować”.
Dorota Bawołek, Bruksela, Polsat News