Kilkadziesiąt tysięcy stoczniowców może stracić pracę, jeśli Komisja Europejska nie pozwoli na restrukturyzację i prywatyzację zakładów okrętowych na polskim Pomorzu. Jeśli tego nie zrobi, to nie dlatego, że ma taki kaprys, ale z powodu nieudolności polskich władz.
Komisja Europejska zaczęła przyglądać się polskim stoczniom zaraz po naszym wejściu do Unii w 2004 roku. Niepokoił ją fakt, że polskie zakłady są niesprawiedliwie dofinansowywane przez Skarb Państwa i w ten sposób działają wbrew zasadom wolnej konkurencji na rynku stoczniowym w Europie. Lata mijały, a unijni urzędnicy cierpliwie czekali na polskie propozycje dotyczące restrukturyzacji i prywatyzacji stoczni, które uniezależniłyby je od żerowania na publicznych funduszach.
Tymczasem, polskie władze nie tylko lekceważyły sygnały z Brukseli, ale też coraz hojniej obdarzały ukochane stocznie kredytami, poręczeniami finansowymi, zadłużeniami. W sumie uzbierało się tego 5 mld złotych. Kiedy kwota ta ujrzała światło dzienne i dostała się do mediów w czerwcu tego roku, na Pomorzu zapanowała panika. Skąd się wzięło tyle zadłużenia? Na pewno kierownictwo stoczni nieźle urządziło się za te pieniądze – brzmiały rozgoryczone głosy stoczniowców, w pełni świadomych, co to dla nich oznacza. Jeśli Komisja Europejska zażąda zwrotu tych pieniędzy, stocznie zbankrutują i raz na zawsze znikną z krajobrazu polskiego Wybrzeża.
Od Bałtyku po Warszawę zaczęło się szukanie winnych. Najwięcej zarzutów padało jednak w stronę Brukseli. Kozła ofiarnego najlepiej przecież znaleźć wśród obcych. Komisja na pewno źle obliczyła wydane na stocznie pieniądze – tłumaczyli ci, którzy zapewne mieli najwięcej do ukrycia... Miliardowej kwoty Bruksela nie wyciągnęła jednak z kapelusza, ale wyliczyła na podstawie informacji, które wysyłał jej nie kto inny, jak polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Jednocześnie przez cztery lata polski rząd nie interesował się sposobem przeliczania dotacji w Brukseli, będąc przekonanym, że zwrot pieniędzy nie będzie potrzebny. Kiedy okazało się, że Bruksela straciła cierpliwość do polskich władz i przygotowuje się do wyroku skazującego polskie stocznie, sprawę wzięli w swoje ręce sami stoczniowcy.
25 czerwca plac przed Komisją Europejską zamienił się w morze flag „Solidarności” i niebieskich kasków stoczniowców. „Nasze stocznie, nasze życie”, „To co Moskwa nie skończyła, dokończy Bruksela” – „krzyczały” transparenty stoczniowców. Mimo napiętej atmosfery do stoczniowców z Polski wyszła sama pani komisarz, w której rękach leży los polskich zakładów. Neelie Kroes, odpowiedzialna w Unii Europejskiej za konkurencję, szeroko uśmiechając się do polskich związkowców, podziękowała za „huczne” odwiedziny, sugerując jednak, że chyba były niepotrzebne... – To polski rząd, a nie Bruksela jest odpowiedzialny za przyszłość stoczni, to wasze władze doprowadziły do obecnej sytuacji – przypomniała stoczniowcom. Polscy związkowcy zauroczeni uśmiechem 68-letniej Holenderki, i chyba nie do końca rozumiejąc jej słowa, uznali misję Bruksela za zakończoną i wrócili nad Bałtyk.
Dwa tygodnie później do Komisji Europejskiej wpłynęły po raz kolejny polskie propozycje dotyczące restrukturyzacji stoczni. I po raz kolejny plany kompletnie odbiegały od kryteriów stawianych przez Komisję. Neelie Kroes, pamiętając zapewne głosy syren i uderzające w drzwi Komisji kaski stoczniowców, nie wydała jednak wyroku na stocznie. Chociaż oficjalna wersja brzmiała, że wyrok został oddalony w czasie, bo Komisja wzięła pod uwagę „ostatnie zaangażowanie polskich władz oraz olbrzymie znaczenie historyczne polskich stoczni”. 15 lipca Bruksela postanowiła dać Polsce dodatkowy czas na poprawę planów. – W meczu Polska-Komisja Europejska, do jakiego można porównać sprawę polskich stoczni, był już czas na dogrywkę. Dziś po raz kolejny i już ostatni otrzymujecie dodatkowe minuty – mówiła komisarz Kroes. Te minuty miały trwać dwa miesiące, do 12. września. Wykorzystując „czas na spalone”, Polska miała zadbać o to, by w planach pojawiło się zapewnienie o jak najmniejszej pomocy publicznej dla stoczni i jak największym wkładzie własnym inwestorów zainteresowanych ich kupnem. Tydzień przed upływem terminu polski rząd przechwalał się jednak, że dla stoczni jest w stanie zrobić wszystko, nawet wydać dodatkowy miliard złotych! Inwestorzy twierdzili jednocześnie, że z własnych kieszeni wyłożą tylko minimalną stawkę wspomnianą w kryteriach Komisji. Działania rządu i inwestorów wydawały się zatem zupełnie przeciwne do oczekiwań Brukseli.
Kiedy zapytałam Neelie, co sądzi o tym, że polska strona właściwie robi chyba wszystko, by zmusić ją do wydania negatywnej decyzji, a dodatkowy miliard złotych dla stoczni jest pewnie w jej oczach gwoździem do trumny, holenderska komisarz uśmiechnęła się do mnie z aprobatą dla mojego dziennikarskiego nosa... Poza znaczącym uśmiechem powściągliwie odpowiedziała jedynie, że „faktycznie pomoc Skarbu Państwa to największy problem polskich stoczni”. Tę rozmowę z wzbraniającą się przed kontaktami z dziennikarzami Neelie udało mi się przeprowadzić w czasie kolejnej manifestacji stoczniowców w Brukseli. 16 września związkowcy z Gdyni i Szczecina już po raz trzeci przyjechali do europejskiej stolicy. Nikt do końca nie wiedział po co, bo cztery dni wcześniej polski rząd zgodnie z wyznaczonym terminem przesłał ostateczną wersję planów restrukturyzacyjnych do Brukseli. Komisja potwierdziła ich odbiór i zapowiedziała, że ocena kilkusetstronicowego dokumentu zajmie jej kilka tygodni. Stoczniowcy przyjechali jednak po to, by jak tłumaczył mi Marek Lewandowski, rzecznik „Solidarności” stoczni Gdynia, „przekonywać unijnych urzędników do pozytywnego rozpatrzenia planów”. A przekonywali tak, jak umieją najlepiej – demonstrując przed Komisją Europejską. Ostatnia manifestacja bardziej przypominała jednak skomlenie niż ujadanie związkowców, którzy pogrążeni przez nieudolne polskie rządy prosili o litość europejskie władze. Poruszona chyba tą odmianą komisarz Neelie opuściła swoją twierdzę, by przywitać się z jej „przyjaciółmi znad Bałtyku”. Z sztywnym uśmiechem na ustach po raz kolejny z uwagą wycedziła w stronę stoczniowców kilka dobrze przemyślanych słów: – Przez ostatnie 4 lata prosiłam polski rząd: „Pokażcie mi poprawne, realne plany restrukturyzacyjne”... Proszę, pamiętajcie, to nie jest wina Brukseli! – wołała do stoczniowców. Scena pt. Neelie i stoczniowcy, z 16 września, była swoistym déjà vu – lustrzanym odbiciem wydarzeń z 25 czerwca, czyli wcześniejszego protestu stoczniowców, po którym unijna komisarz bez wahania przekreśliła polskie plany. No, może poza małym, a zdaniem większości romantycznych stoczniowców, wielkim szczegółem. Tym razem „Neelie nie tylko zasugerowała, ona nam obiecała, że ponieważ my przyjechaliśmy do niej już trzy razy, następnym razem to ona przyjedzie do nas. Przecież nie przyjeżdżałaby do Polski, żeby ogłosić złe nowiny, żeby nas zrujnować” – tłumaczył mi przewodniczący Sekcji Krajowej Przemysłu Okrętowego Solidarności Dariusz Adamski, po ostatnim proteście w Brukseli. Ach! gdyby tak wszystkie kobiety dotrzymywały obietnic, to świat byłby piękny – przynajmniej dla płci brzydkiej.
Osobiście życzę stoczniowcom wszystkiego najlepszego, chociaż wolałabym, aby polski rząd nie wydawał już więcej pieniędzy z moich podatków na nierentowne zakłady. Niech lepiej stworzy nowe miejsca pracy, a wtedy będzie, do czego wracać…
Dorota Bawołek