21.11.2008  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
LUDZIE 245

Dobroczyńca, wędrownik

Dobroczyńca, wędrownik Szeroko pojęta dobroczynność to w Wielkiej Brytanii potężny przemysł. Setki organizacji charytatywnych, miliony wolontariuszy i niezliczone pomysły na to, jak zachęcić ludzi do kwestowania na rzecz potrzebujących. Polak Stanisław Motyka jest przykładem na to, że dobroczynność może być także pasją.

Katarzyna Kopacz:
Od wielu lat zbiera Pan pieniądze dla różnych organizacji charytatywnych. Puka Pan od drzwi do drzwi, a gdy uda się zebrać określoną sumę, czeka Pana nagroda... No właśnie. Co dzieje się dalej?

Stanisław Motyka:
Zbieram już prawie 11 lat. Muszę przyznać, że bardzo trudno dostać pozwolenie od lokalnych władz na zbieranie pieniędzy. Trzeba pisać listy, czekać… To długa procedura. Podobnie jest z pozwoleniem na kwestowanie w supermarketach. Poszukiwanie firm chętnych do wsparcia moich działań też nie jest łatwe, ze względu na ich własne programy sponsoryjne. Wysiłek, który wkładam w całą akcję, zbierając pieniądze przez kilkanaście miesięcy, potem owocuje. Po zebraniu wymaganej sumy, dla wybranej przeze mnie organizacji, mogę pojechać w jakiekolwiek miejsce na świecie, gdzie podejmuję różne wyzwania. Z reguły samą wyprawę czy przelot finansujemy z własnej kieszeni, aby organizacja otrzymała maksymalną sumę pieniędzy.

Skąd wziął się pomysł na tego typu kwestowanie?

Od 30 lat uczę sztuki w angielskiej szkole. Kiedy 11 lat temu byłem wychowawcą 6-th form (najstarszej klasy), dostaliśmy list z organizacji charytatywnej Mind, by zmobilizować młodzież do wsparcia jej, za co nagrodą miał być skok ze spadochronem. To była pierwsza charytatywna inicjatywa z mojej strony. Zebraliśmy wtedy osiem tysięcy funtów i od tego wszystko się zaczęło. A tamten skok pamiętam do dziś.

Dla jakich organizacji zbierał Pan już fundusze i czy w ogóle wie Pan, ile przez te lata udało się w sumie uskładać?

Zbierałem dla organizacji: Mind, MacMillan cancer relief, Whizz-Kids, Well Child, NDCS (The National Deaf Children's Society) oraz ostatnio dla Cancer Research UK – będącej największą organizacją charytatywną w Wielkiej Brytanii, której patronem jest królowa Elżbieta II. Wszyscy przez te lata zebraliśmy setki tysięcy funtów i nie byłoby żadnej przesady, gdybym powiedział, że mogło to być nawet powyżej miliona funtów – włączając w to gift aid (do każdego zebranego funta państwo dopłaca danej organizacji 28 proc. – przyp.red.).

W jaki sposób typuje Pan organizacje, którym chce Pan pomóc?

Przede wszystkim staram się sam wybierać organizacje, którym chcę pomóc. W większości są to te, które kwestują na rzecz dzieci.

Która z Pana dotychczasowych wypraw zapadła Panu najbardziej w pamięć i dlaczego?
Myślę, że m.in. rowerowa wyprawa w głąb Kambodży w 2003 roku, kiedy jako jedyny Polak z 59-osobową grupą przejechałem 638 km w trudnym do zniesienia, bardzo wilgotnym klimacie. Zebraliśmy wtedy 250 tysięcy funtów dla MacMillan cancer relief, organizacji opiekującej się chorymi na raka. Końcowym etapem tej podróży była największa buddyjska świątynia na świecie: Angkor Wat.
W 2004 roku zdobyłem Kilimandżaro (Uhuru Peak – 5895 m n.p.m.), tym razem pod szyldem organizacji Whizz-Kids, pomagającej niepełnosprawnym dzieciom w zakupie sprzętu umożliwiającego normalne funkcjonowanie. Nasza grupa zebrała 200 tysięcy funtów, w tym ja sam siedem tysięcy. W 2006 roku brałem udział w Cape Challenge w Południowej Afryce, wspierając organizację Well Child, pomagającą najmłodszym, cierpiącym na różnorakie schorzenia. Tam wspinałem się po Górach Stołowych i Cedaburg, kajakowałem w Zatoce Hout i przejechałem rowerem do Przylądka Dobrej Nadziei. Zebraliśmy dla chorych dzieci 150 tysięcy funtów. W zeszłym roku, w sierpniu, uczestniczyłem zaś w Inca Trail w Peru, wspierając NDCS (National Deaf Children's Society). Tam zetknąłem się z kulturą Inków. Większość trasy pokonywaliśmy na wysokości 4000 m n.p.m. Kulminacyjnym etapem podróży był wschód słońca w słynnym Machu Picchu. Natomiast kilka tygodni temu wróciłem z Beijing Olympics Trek, na który pojechałem z 75-osobową grupą, z którą zebraliśmy 300 tysięcy dla Cancer Research UK.

Podczas swoich wyjazdów wielokrotnie narażał Pan nie tylko zdrowie, ale także życie. Lubi Pan ryzykować?

Chyba tak. Najbardziej zapadła mi w pamięć niesamowita przygoda w RPA. Gdy po dojechaniu rowerami do Przylądka Dobrej Nadziei załadowano nas do autobusu, jedna z uczestniczek otworzyła okno, przez które wskoczył do środka olbrzymi pawian! To bardzo agresywne małpy. Wszyscy w autobusie zamarli. Ten małpiszon zaczął otwierać plecaki niemal jak człowiek i dopiero gdy z jednego wyciągnął torbę z owocami, uciekł. Będąc natomiast w Kambodży, był problem z SARS (zespół ciężkiej niewydolności oddechowej; rodzaj nietypowego zapalenia płuc – przyp. red), i to także było ryzyko jechać tam w tym czasie!

Czy Pana działania wsparły już jakieś znane osoby? Albo ktoś zupełnie anonimowy, kto zaskoczył Pana hojnością?

W latach 80. wykonywałem sporo projektów dla właściciela JCB: sir Anthony’ego Bamforda – m.in. Boeing 747 w skali 1/8 dla Singapurskich Linii Lotniczych. Pracowałem nad tym projektem prawie rok. Gdy zwróciłem się do sir Anthony’ego o sponsorowanie mojego wyjazdu do Kambodży, przysłał mi czek na 747 funtów (jako podziękowanie za wykonanie dla niego Boeinga 747). Jerzy Dudek dwukrotnie wspierał moje charytatywne wyzwania, przysyłając koszulki ze swoim autografem. Podczas kwesty z puszką w Royal Windsor Shopping Centre dla organizacji Cancer Research UK, anonimowy przechodzień zaskoczył mnie, wkładając banknot 50-funtowy.

W Polsce działalność charytatywna nie jest zbytnio w modzie, zaś w Wielkiej Brytanii wydaje się być nieodłączną częścią życia każdego obywatela. Czy łatwo więc kwestuje się wśród Anglików?

W Wielkiej Brytanii działa niezliczona ilość organizacji charytatywnych. Anglicy są bardzo życzliwi i chętnie je wspierają. W sumie mnie samemu udało się już zebrać setki tysięcy funtów dla kilkunastu z nich. Dobroczynność ma wpisaną w swój szkolny program także młodzież – szczególnie ta w szkołach katolickich zawsze bardzo szczodrze wspomaga organizacje charity.