TEMAT NUMERU 262
Sezon na parzystych
Kwiaty, serduszka, romantyczne kolacje przy świecach – w ostatnich latach to nie maj, a właśnie luty stał się miesiącem zakochanych. Tyle, że ta lutowa miłość jest jak z amerykańskiego filmu: lekka, łatwa i przyjemna. Czy dla nas, Polaków, także? I czym właściwie dla nas, ludzi z „zimnego kraju”, jest miłość? Szczególnie tu, z dala od domu.
Odkąd tu jestem, zupełnie zrezygnowałam z jakiegokolwiek życia uczuciowego – mówi Martyna, 30-letnia menadżerka w dużej firmie. – To nie była moja decyzja, tak się po prostu stało. Trochę dlatego, że nie spotkałam tu nikogo odpowiedniego, a trochę z bardziej prozaicznego powodu: nie mam na to czasu – dodaje.
Martyna przyjechała do Wielkiej Brytanii przed czterema laty, tuż po tym jak obroniła dyplom z zarządzania. Wtedy nie sądziła, że zostanie tu na dłużej. – Plan był taki, że popracuję przez dwa miesiące, zarobię na ekstra wakacje, na których spędzę kolejny miesiąc. Taka nagroda za skończone studia – opowiada.
Czas wszędobylskich serduszek
Wyszło inaczej, jak to często bywa z wakacyjnymi emigrantami. U rodziny, gdzie opiekowała się dwójką dzieci, została przez prawie rok. Już po sześciu miesiącach zaczęła jednak szukać pracy zgodnej ze studiami, które skończyła w Polsce. Trochę to trwało, ale w końcu ją zdobyła. Przeniosła się do koleżanki, do Londynu i rozpoczęła karierę swoich marzeń. Teraz, po trzech latach, sama mówi o sobie, że jest stabilna finansowo i zawodowo. Martyna cieszy się swoim sukcesem, z pasją opowiada o pracy i wygląda na szczęśliwą.
Nie lubi tylko zimy. Wtedy jedzie się na święta do domu, gdzie rodzice zaczynają wypytywać, czy kogoś ma i kiedy doczekają się wnuków... Koleżanki, z którymi kiedyś woziła lalki w wózkach, też bez żenady opowiadają jej o swoich kłopotach: tych z „chłopem” i tych z „młodymi”. A przy tym zerkają na nią pytająco. – Raz nie ugryzłam się w język i powiedziałam, że mam „pod sobą trzydziestu facetów”. Zrobiła się konsternacja. No bo „30 lat, ani chłopa, ani młodych”… To co ona tam robi w tym Londynie? – pokpiwa sobie Martyna z polskiej mentalności.
A co robi? – Pracuję teoretycznie od dziewiątej do piątej, ale zazwyczaj wychodzę z firmy około 20. Dojazd zajmuje mi godzinę, robię jeszcze zakupy, więc w domu jestem przed 22. Mam jakieś dwie godziny dla siebie, potem się kładę, bo wstaję o 6.30, a w mojej pracy nie ma miejsca na pomyłki ze zmęczenia – mówi.
Drugi powód, dla którego Martyna nie przepada za zimą, to luty. Bo wtedy zaczyna się „sezon na sparowanych”, czyli czas wszędobylskich serduszek. Straszą ze sklepowych wystaw, billboardów i ulotek reklamowych, ludzie też nie mówią o niczym innym jak tylko o swoich planach na ten dzień. A potem opowiadają, gdzie byli, co zamówili, czy im smakowało…
Single schodzą do podziemia
W te dni „single” nie mają wielkiego wyboru i schodzą do podziemia. – Dwa lata temu udało mi się znaleźć w kinie jakiś zupełnie nieromantyczny film, więc jakoś to zniosłam – opowiada Martyna. – Rok temu jeden z moich kolegów zerwał z dziewczyną, więc wypuściliśmy się razem, żeby trochę poszaleć. W tym roku - nie wiem. Pewnie będzie jak zwykle: dom, książka, może jakiś film… - mówi wesoło. – Nie robię z tego problemu. Cały kłopot w tym, że świat rozrywki skrojony jest pod „parzystych” i naprawdę trudno w ten wieczór znaleźć coś dla siebie - dodaje.
Nie, żeby Martyna była taka znowu nieromantyczna. Przyznaje, że lubi kwiaty, prezenty i czułe słówka. Podobnego zdania jest jedna trzecia Polaków, gdy zapytać ich o najlepszy sposób okazywania miłości. Jak donosi CBOS, drugie tyle z nas wierzy, że miłość manifestować można przez bardziej trwałe wartości: wierność, szacunek czy zaufanie.
Te same badania przynoszą także inne, nie mniej interesujące wnioski. Tylko 2 proc. Polaków nie wierzy w miłość w ogóle. Prawie 60 proc. z nas deklaruje, że było zakochanych po uszy, mniej więcej tyle samo wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Chyba więc jesteśmy jednak romantyczni i lubimy być zakochani.
- Pewnie, że tak, bo to po prostu przyjemne – mówi z uśmiechem Beata (27 lat). Dla niej walentynkowy wieczór to żaden problem. Mężczyźni to jej „hobby”, a skrzynki odbiorcze na jej profilach w największych randkowych serwisach aż trzeszczą w szwach. – Nie szukam męża ani chłopaka. Randkuję, bo to po prostu fajne! – mówi wprost.
Beata przyznaje, że perspektywa każdego sobotniego wieczoru to coś, co trzyma ją „na obrotach” przez cały roboczy tydzień. 14 lutego nie będzie tu wyjątkiem. Przycisk „start” w jej laptopie to pierwsze, czego dotyka po powrocie z pracy. Przy komputerze spędza zazwyczaj cały wieczór. Wybiera, przebiera, odpisuje na maile i flirtuje w poszukiwaniu kogoś, przy kim będzie mogła dobrze się bawić w kolejny weekend. - Wiem, że ludzie mogą to różnie oceniać, ale ja nie traktuję tych spraw tak śmiertelnie poważnie. Żyjemy w XXI wieku i nikt już chyba nie wierzy, że ludzie zakochują się raz w życiu i na zawsze – mówi.
Badania CBOS pokazują jednak, że dokładnie połowa Polaków w to wierzy. Tyle samo z nas sądzi, że prawdziwa miłość nie może istnieć bez seksu.
Handel tematem miłości
- Ja nie sypiam z kim popadnie – zastrzega Beata. – Żeby dobrze się bawić z mężczyzną, wcale nie trzeba kończyć wieczoru w jednym łóżku, choć faceci prawdopodobnie są innego zdania.
Wie, że może być różnie oceniana. – Szczególnie przez te, które same mają na to ochotę, ale boją się ludzkich języków – mówi. – Skoro mężczyźni mogą podrywać kobiety na ilość i tylko dla rozrywki, czemu nam kobietom miałoby nie być wolno? – pyta.
- Pewnie, że nam wolno – mówi Grażyna Czubińska, seksuolog i terapeutka z Polskiego Centrum Zdrowia Seksualnego w Londynie. – Jeśli tylko naprawdę właśnie tego pragniemy, a nie jest to działanie zastępcze, którym próbujemy zrekompensować sobie naszą prawdziwą potrzebę bycia z drugim człowiekiem. Jeśli to pierwszy przypadek, poparty w dodatku rzetelną wiedzą o ryzyku przypadkowych kontaktów seksualnych i tym, jak się przed nim zabezpieczyć, to wszystko w porządku. Życie jest w końcu po to, żeby się nim cieszyć, a jeśli chodzi o sprawy intymne, to tak naprawdę jedyną normą jesteśmy my sami i to, jak się ze sobą czujemy. W drugim wypadku jednak rezultaty mogą być różne. W najlepszym razie tylko pustka w środku, od której nie wiadomo jak uciec, w najgorszym… zakażenie groźną chorobą, niechciana ciąża, aborcja i skomplikowane problemy psychiczne – dodaje specjalistka.
Beata nie wygląda ani jakby czuła pustkę w duszy, ani na kogoś, kto nie wie, jak o siebie zadbać. W przeciwieństwie do Agnieszki, która mimo zbliżającej się trzydziestki, wciąż czeka na swojego „Jednego i Jedynego”. – Wolę być sama niż z byle kim – mówi. – I doprawdy nie wiem, co w tym dziwnego, że chcę być z takim mężczyzną, którego pokocham. Przecież każdy tak naprawdę tego szuka. Ja wolę zaczekać, niż wybrać źle i unieszczęśliwić się na całe życie – dodaje.
Ona również nie przepada za połową lutego i „sezonem na parzystych” wraz z całym jego kolorowym opakowaniem. – Przeszkadza mi handlowanie tematem miłości i przedstawianie jej jako czegoś, co jest tylko łatwe i przyjemne – mówi. – A przecież związek dwojga ludzi to coś, na co trzeba ciężko i latami pracować – dodaje.
- Miłość jest jak wzór, do którego każdy podstawia swoje własne dane – mówi Grażyna Czubińska. – Dlatego nie należy generalizować ani popadać w skrajności. Związek dwojga ludzi powinien być przyjemny i dawać im poczucie szczęścia. Ale czasem trzeba nad nim długo i intensywnie pracować właśnie po to, żeby taki był. To ma szczególne znaczenie właśnie tu, na emigracji, która dla nikogo nie jest łatwa. Bardzo często właśnie w tak trudnych warunkach dają o sobie znać wszelkie deficyty naszego wychowania, czyli kompleksy, przekonania, lęki i uprzedzenia. Ludzie są różni, Polki też, ale wiele z nich ma duży kłopot ze zdefiniowaniem siebie jako kobiety. U jednych przejawia się to nieśmiałością i lękiem przed jakimikolwiek związkami, inne popycha do ryzykownych i szalonych zachowań – dodaje.
Łatwość to stereotyp
Patrząc na statystyki, trudno się z tym nie zgodzić. Wśród wszystkich kobiet spoza UK, które dokonały na terenie Wielkiej Brytanii zabiegu przerwania ciąży, Polki stanowią aż 80 proc. Zdaniem specjalistów, te dane są i tak mocno zaniżone, bo pochodzą z NHS. Kobiety, które zdecydowały się na ten krok w prywatnych i o wiele lepszych klinikach, nie są zawarte w tej liczbie. Dane te są alarmujące, bo świadczą, że Polki wybierają aborcję jako jedną z metod antykoncepcji. Dowodzi to naszej niewielkiej wiedzy o innych metodach, z których większość jest w Wielkiej Brytanii dostępna zupełnie za darmo.
Może więc prawdą jest to, o czym od dawna huczą internetowe fora: że Polki na Wyspach zanadto sobie w tych sprawach folgują i stają się jak okienka: otwarte na wszelkie propozycje?
– To stereotyp i ogromne uproszczenie – mówi Czubińska. Przyznaje, że tradycyjnie wychowanym polskim kobietom trudno czasem uwierzyć, że mogą być finansowo i emocjonalnie niezależne. Emigracja potęguje poczucie zagrożenia i właśnie bezpieczeństwa niektóre Polki mogą desperacko szukać w ramionach przypadkowych mężczyzn. Inna rzecz to przysłowiowe już zjawisko braku obyczajowej smyczy, którym część kobiet może się zachłysnąć. To jednak – zdaniem Grażyny Czubińskiej – tylko wąski margines w stosunku do całości.
– Ogromna większość Polek to szczęśliwe kobiety, które świetnie godzą pracę z obowiązkami domowymi, żyją w szczęśliwych związkach, realizując własne marzenia i plany – dodaje.
Skąd więc bierze się taka opinia, równie chętnie powtarzana przez obcokrajowców, co i nas samych?
Martyna: - Z tego samego źródła, co historie o Polakach na zmywakach, którzy poniżają się za marne pieniądze, przynosząc rzekomy wstyd wszystkim innym. To po prostu zazdrość: Polek, które poświęciły własne szczęście i marzenia na rzecz „chłopa” i gromadki dzieci, oraz Polaków, którzy nie radzą sobie z tym, że kobiety na Wyspach mogą cieszyć się większą swobodą niż w naszym kraju.
Beata: - Wyróżniamy się na „rynku”, bo jesteśmy ładniejsze, zgrabniejsze, bardziej zadbane i kobiece od innych. Ponadto takie opinie powtarzają faceci, którym po prostu nie wychodzi z dziewczynami. Ja sądzę, że jesteśmy „trudniejsze” na tle innych narodowości. Wielu Brytyjkom wystarczają dwa piwa w pubie, a my zwracamy uwagę na to, jak facet wygląda, czy wie jak się zachować, puszcza nas w drzwiach albo czy np. myje ręce po wyjściu z toalety.
W sukurs tej ostatniej opinii przychodzi wypowiedź znaleziona na jednym z internetowych forów poświęconych zagadnieniu. Autor postu zwraca uwagę na różnice kulturowe, które przesądzają o powstawaniu takich opinii. Jego zdaniem Brytyjki bez skrępowania mierzą mężczyznę zawartością jego portfela, podczas gdy Polki zwracają uwagę na zupełnie inne rzeczy: charakter, maniery, inteligencję czy poczucie humoru. Na tle własnych rodaczek wymagających od amanta nie lada inwestycji, Brytyjczycy mogą sądzić, że Polki są łatwe, bowiem zdobycie ich względów niekoniecznie musi rujnować ich budżet.
Miłość przez wielkie M
Miłość to przecież nie tylko kwiaty i kolacje przy świecach. To także wspólna codzienność, czasem trudna i najeżona drobnymi nieporozumieniami, które po jakimś czasie mogą doprowadzić do smutnego końca.
- Z perspektywy czasu widzę, że to był błąd – mówi Mariusz. – Przyjechałem tu dla dobra dzieci, żeby miały dostatnie życie i żeby było im łatwiej. A teraz okazało się, że rozbiliśmy im rodzinę.
Mariusz przyjechał do Wielkiej Brytanii w połowie 2005 roku. Plan był taki, że „zbada grunt”, a żona z dwójką małych dzieci dojedzie do niego, kiedy tylko jakoś się tu urządzi. Pierwszą taką próbę podjęli po roku, latem 2006. Rodzina przyjechała do niego na wakacje, żona znalazła pracę przy sprzątaniu. Po dwóch miesiącach jednak zabrała dzieci i wróciła do Polski. Nie widziała swojej przyszłości na Wyspach, więc umówili się, że Mariusz zostanie tu jeszcze przez rok, a potem wróci. Latem 2007 było już pewne, że tak się nie stanie. W listopadzie Mariusz przyjechał do Polski, ale z rodziną widział się tylko przez chwilę w sądzie. Przy rozwodzie nikt nie orzekał o winie, żeby nie prać brudów publicznie. Ale obydwoje widzą, że w ich życiu nie wszystko poszło jak należy.
Ich historia bardzo dobrze wpisuje się w alarmujące dane o tym, jak emigracja zarobkowa przyczynia się do wzrastającej fali rozwodów. Jednak zdaniem specjalistów ta zależność nie jest taka prosta. – Jeśli w związku dwojga ludzi są jakieś „rysy”, to rzeczywiście emigracyjna rozłąka nie pomaga ich wypolerować – przyznaje Czubińska. – Wiele kobiet, których mężowie pracują za granicą, z zaskoczeniem odkrywa, że jest im lepiej samym z dziećmi. Wiele innych przyjeżdża tutaj i rozwija skrzydła, zdobywając finansową niezależność. To jednak nie wina emigracji, ale problemów, jakie ludzie mają w związkach – mówi.
Skala zjawiska emigracyjnych rozwodów mówi też o tym, jak wiele małżeństw w Polsce istnieje z konieczności. O kobietach, które nie odchodzą od niekochanych mężów, bo nie mają dokąd i o mężczyznach tkwiących w związkach wyłącznie z poczucia odpowiedzialności za dom i rodzinę. Dla nich rozłąka lub emigracyjne trudy są tą kroplą goryczy, która przelewa całą czarę.
- Z każdej sytuacji są jednak przynajmniej dwa wyjścia. Można się rozstać lub zastanowić, jak ze sobą zostać i się wzajemnie nie unieszczęśliwić – mówi Czubińska.
Zdaniem terapeutki, zawsze jest na to szansa. – Bo w miłości nie ma magii ani żadnej tajemnicy, której nie możemy poznać. Miłość to nic innego jak kontakt między dwojgiem ludzi. I jeśli jest to kontakt przez duże „K”, to i miłość będzie przez wielkie „M”.
Dominik Waszek