11.03.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
TEMAT NUMERU 277

Inwigilacja do DNA

Inwigilacja do DNA Garść faktów na początek: Wielka Brytania ma najwięcej na świecie kamer CCTV przypadających na statystyczną głowę obywatela. Rząd zapowiedział wprowadzenie nowej regulacji, dzięki której nasze sms-y, maile, zapisy internetowych rozmów oraz historia odwiedzanych w sieci stron będą zapisywane, katalogowane i udostępniane rządowym służbom. Policja posiada ok. 800 tys. próbek DNA niewinnych obywateli i mimo krytycznego werdyktu Trybunału Praw Człowieka nie chce ich zniszczyć. Raz, dwa, trzy – Wielki Brat patrzy?

Mathew Wren, 37-letni nauczyciel historii z Chester Le Street niedaleko Durham, wygrał wojnę z Wielkim Bratem. A jeśli nie wojnę, to przynajmniej bitwę. Kosztowało go to sporo – został najpierw zawieszony w obowiązkach, potem rozstał się z zawodem po 15 latach bardzo obiecującej kariery, a jeszcze później omal nie rozpadło się jego małżeństwo. A było tak.

Przestępca z przypadku

Na początku 2008 roku, w szkole gdzie pracował Wren, doszło do swego rodzaju buntu. Jeden z nauczycieli nie przyszedł na zajęcia, a uczniowie grupą wystąpili przeciw innemu, który miał go zastąpić. Doszło do przepychanek. Jeden z 12-letnich chłopców rzucił się na Wrena, gdy ten stanął w obronie swego kolegi. Mathew zawiadomił policję. Czuł się ofiarą.

Następnego ranka nauczyciel w towarzystwie swego prawnika jechał właśnie na miejscowy posterunek, aby złożyć zeznania, gdy został niespodziewanie zatrzymany przez policję. Mimo protestów został aresztowany, sfotografowano go, zdjęto jego odciski palców i pobrano próbkę DNA. Na posterunku okazało się, że 12-latek, który go zaatakował, złożył przeciw niemu skargę. Zdaniem chłopca to nauczyciel był napastnikiem.

Wren spędził na posterunku kilka godzin, został przesłuchany, a potem zwolniony. Nie postawiono mu nawet jednego zarzutu. Gdy po południu wrócił do domu, zastanowiło go, co dalej stanie się z jego odciskami palców i materiałem genetycznym. - Taki wpis w policyjnej bazie może mieć poważne skutki. Pan Wren stracił pracę i chcąc ubiegać się o inną, musiałby przejść procedurę sprawdzającą jego wiarygodność. Jednym z jej elementów jest np. sprawdzenie, czy nie był notowany. Ślad po niesłusznym aresztowaniu wlókłby się za nim przez lata, a przecież był ofiarą, nie sprawcą przestępstwa – tłumaczył potem dziennikarzom jego adwokat.   

- W bazie figuruję jako osoba zatrzymana w związku z napaścią na nieletniego – mówił sam Wren. – Gdyby to była dziewczyna, prawdopodobnie zostałbym zaliczony do przestępców seksualnych. Dla policjanta przeglądającego bazę danych, jestem tylko jednym z wpisów, on nie zna tła sprawy i nie wie, że zostałem aresztowany niesłusznie. Nie chciałem być zatrzymywany za każdym razem, gdy w okolicy wydarzy się podobne przestępstwo. Nie mogę narażać rodziny na taki stres – dodał.

Wkrótce potem pozwał do sądu Northumbria Police, której zarzucił bezpodstawne aresztowanie oraz pobranie DNA i odcisków palców. Domagał się skasowania wszelkich śladów po tym zdarzeniu z policyjnej bazy danych. Ostatecznie, po długim procesie, Sąd Najwyższy przyznał mu rację i zdecydował o usunięciu jego danych z wirtualnych kartotek. Także odcisków palców i próbek DNA.

800 tysięcy niewinnych


To nie przypadek, że media przypomniały o tej sprawie zaledwie w dzień po tym, jak minister spraw wewnętrznych Jacqui Smith ogłosiła decyzję dotyczącą próbek DNA niewinnych obywateli. Wielka Brytania posiada, liczącą ok. 4,5 miliona wpisów, bazę danych DNA osób, które weszły w konflikt z prawem. Prócz skazanych wyrokami przestępców są wśród nich jednak również osoby takie, jak Wren, które zostały zatrzymane, ale okazały się niewinne. Jest ich ok. 800 tysięcy, a ich DNA wciąż znajduje się w posiadaniu brytyjskich władz.

Takim praktykom pod koniec ubiegłego roku sprzeciwił się Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, orzekając, że stanowią one pogwałcenie praw człowieka i mogą prowadzić do poważnych nadużyć. Brytyjskie władze, znalazłszy się w trudnym położeniu, wybrały wyjście tyleż salomonowe, co i w angielskim stylu. Jaqui Smith ogłosiła, że próbki DNA zostaną zniszczone, ale nie wcześniej jak po 6 latach. Osoby aresztowane w związku z cięższymi przestępstwami – mowa wciąż o niewinnych - będą musiały poczekać na to dłużej, bo około 12 lat.

Ta decyzja wywołała sporo kontrowersji. Jej zwolennicy podkreślają, że baza DNA pozwala lepiej i szybciej ścigać przestępców, dając zarazem możliwość dochodzenia sprawiedliwości osobom niesłusznie skazanym. Zdaniem przeciwników regulacji, ten medal ma i drugą stronę, bo mylić się jest rzeczą ludzką, a pokaźny zbiór DNA to pole do rozmaitych nadużyć. Przeciw takiemu rozwiązaniu są nie tylko aktywiści ruchów na rzecz swobód obywatelskich, ale także specjaliści od genetyki.

- Mam poważne obawy, że prowadzenie bazy danych DNA w sposób, w jaki dzieje się to obecnie, może prowadzić do „genetycznego naznaczania” np. mniejszości etnicznych i pośrednio do ich dyskryminacji – skomentował Sir Alec Jeffreys, profesor genetyki, a zarazem odkrywca technologii, dzięki której możliwe stało się stworzenie w Wielkiej Brytanii największej na świecie bazy próbek DNA. Wśród przeciwników rozwiązania są też ekstremiści, którzy ostatnią decyzję brytyjskiego MSW zestawiają z innymi faktami. Ich zdaniem jest ona kolejnym krokiem władz na drodze do stworzenia wielkiego i bardzo szczegółowego systemu informacji o obywatelach – cyfrowego Wielkiego Brata.

Oko Wielkiego Brata

You are beeing watched – informują znaki przy bramach i wejściach do biurowców i budynków przemysłowych, gdzie operują kamery CCTV. Właściwie jesteśmy obserwowani przez większą część dnia: począwszy od rana, kiedy tylko opuścimy domowe zacisze, aż do późnego wieczora, gdy do niego powracamy. Pod czujnym okiem kamer znajdujemy się w sklepach, na ulicach, stacjach benzynowych, w autobusach, metrze i na dworcach kolejowych. Nie unikną tej „przyjemności” szczególnie kierowcy i nie chodzi tutaj wcale o kamery wychwytujące drogowe wykroczenia. Czujne oczy CCTV znajdują się np. na miejskich autobusach, latarniach, mostach i wiaduktach. Kamery mają różne zadania: monitorują natężenie ruchu, korzystanie z pasów dla autobusów, obserwują miejsca parkingowe, przejścia podziemne czy choćby przestrzeganie kodeksu drogowego. A każda z nich generuje tysiące megabajtów danych dziennie.

O tym, jak szybko i skutecznie można je przetwarzać, świadczyć może choćby londyński system Congestion Charge. Dziesiątki tysięcy samochodów dziennie wjeżdżają do strefy ograniczonego ruchu w centrum Londynu, a gęsty system kamer fotografuje ich numery rejestracyjne. Czasem kilka lub nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. Następnie, w krótkim czasie system porównuje zdjęcia z elektroniczną bazą płatności, wychwytując te pojazdy, które w płatnej strefie były, a których właściciele nie uiścili za to opłaty. Ta machina przetwarzająca dane działa na tyle sprawnie, że właściwie nie da się wjechać do strefy CC, nie zapłacić i nie dostać za to mandatu. Technologia, która na to pozwala, jest w powszechnym użyciu od dawna.

Nie ma też cienia wątpliwości co do możliwości ustalania tożsamości osób zarejestrowanych przez CCTV. Według BBC zarówno brytyjska policja, jak i kilka komercyjnych firm używało tej technologii już na początku 2004 roku. Wtedy kryminolodzy okrzyknęli ją przełomem na miarę odkrycia badań porównawczych DNA. Technologia skanowania twarzy, siatkówki oka i linii papilarnych zdaje się w ogóle być przyszłością brytyjskiego systemu identyfikacji. Nowe karty ID, które w Wielkiej Brytanii zaczną wchodzić do użytku już od przyszłego roku, mają zawierać skan twarzy oraz odcisków palców. Już kilka miesięcy temu policjanci patrolujący ulice otrzymali pierwsze przenośne urządzenia do zdejmowania linii papilarnych. Jak informuje prasa, wagą i ciężarem przypominają one telefon komórkowy, zdolne są natomiast nie tylko pobrać odciski, ale również wysłać je do sprawdzenia i otrzymać odpowiedź w bardzo krótkim czasie. - Jesteśmy najbardziej inwigilowanym społeczeństwem na świecie – powiedział burmistrz Londynu Boris Johnson.

Wydaje się, że wiele w tych słowach racji, biorąc pod uwagę statystyki, które pokazują, że Wielka Brytania ma najwięcej kamer przypadających na głowę obywatela. Ich ogólna liczba – według danych z kwietnia – przekroczyła 4,2 miliona!

Rozmowa kontrolowana

Wielki Brat dysponuje także innym, doskonałym narzędziem inwigilacji. Jak na ironię, większość z nas nie wyobraża sobie bez niego ani dnia i zadaje sobie wiele trudu, aby zawsze mieć go przy sobie. Telefon komórkowy, ten wygodny gadżet jest wręcz nieocenionym źródłem informacji o jego właścicielu.

Jeszcze nie tak dawno na terenie przeciętnie zaludnionego miasta komórka pozwalała zlokalizować jej posiadacza z dokładnością do ok. 100 metrów. Operator mógł bowiem ustalić tylko, w zasięgu których trzech stacji przekaźnikowych znajduje się dany aparat. Te czasy minęły bezpowrotnie wraz z upowszechnieniem się nawigacji satelitarnej. Większość obecnych na brytyjskim rynku telefonów posiada już tę technologię, pozwalającą bardzo dokładnie namierzyć lokalizację aparatu i jego użytkownika.

- Dokładne położenie trzech czwartych z nas jest obecnie znane operatorom telefonii komórkowej, a pośrednio także służbom, które mogą mieć dostęp do ich baz danych – mówił jeszcze w 2006 roku Jonathan Raper, ekspert m.in. w dziedzinie technologii GPS z City University of London. – Jest to postrzegane jako zło konieczne i dotychczas dane te były używane przez wymiar sprawiedliwości wyłącznie w najpoważniejszych sprawach – dodał.

Lokalizowanie to jednak nie jedyna korzyść dla Wielkiego Brata. Telefony nowej generacji to wielofunkcyjne urządzenia komunikacyjne, w których przechowujemy wiele prywatnych  danych. Biznesowe i prywatne kontakty, archiwalne e-maile i esemesy, pliki komputerowe, dokumenty, zdjęcia, notatki, informacje bankowe – do wszystkiego tego, przy odrobinie złej woli, mógłby mieć dostęp nasz operator. Jeśli dodać do tego fakt, że aby kupić taki telefon, musimy zwykle podpisać kontrakt i przekazać wszelkie dane osobowe, trudno nie uznać komórki za jedno z najgenialniejszych urządzeń szpiegowskich.

Brytyjski rząd zdaje się doskonale o tym wiedzieć. Kilka tygodni temu zapowiedziano wprowadzenie prawa, które zobowiązywałoby zarówno dostawców internetu, jak i operatorów sieci komórkowych do przechowywania danych swoich klientów. Miały się wśród nich znaleźć również np. historie kontaktów przez portale społecznościowe, zapisy internetowych czatów oraz bilingi korespondencji mailowej. – Dostęp do tych informacji jest absolutnie niezbędny, abyśmy mogli bardziej efektywnie walczyć z przestępczością – uzasadniała pomysł minister Jacqui Smith. Według zapowiedzi, z tych danych mogłaby korzystać nie tylko policja, ale także brytyjski kontrwywiad MI5, rozpracowując organizacje terrorystyczne. Trudno odmówić tu racji, bo takie rozwiązanie podpowiada zdrowy rozsądek. Jeśli terroryści i przestępcy używają komórek i internetu, ścigające ich służby, aby nie pozostać w tyle, muszą dysponować odpowiednimi narzędziami. Jednak to rozwiązanie spotkało się z krytyką orędowników ochrony prywatności. Według nich, może ono prowadzić do nadużyć i stanowi kolejny krok brytyjskiego rządu na drodze do ograniczania wolności obywateli.

Wygoda za anonimowość

Kilka lat temu podobne kontrowersje towarzyszyły wprowadzeniu do użytku popularnych kart sieciowych Oyster. Każda z nich posiada bowiem swój unikalny numer, pozwalający śledzić czas i przebieg wszystkich naszych podróży. Dane te są automatycznie zapisywane w systemie i możliwe do odczytania na każdej stacji metra przez każdego, kto wejdzie w posiadanie karty. W dodatku, żeby kupić bilet miesięczny lub dłuższy, Transport for London wymaga rejestracji, czyli wyjawienia mu naszej tożsamości. Nawet jednak gdy korzystamy tylko z opcji „pay as you go” i aby uzupełnić limit, użyjemy karty płatniczej, system i tak skojarzy numer „oysterki” z naszymi danymi bankowymi. W ten sposób TFL kompletuje dane pozwalające śledzić niemal każdy nasz krok.

Według danych operatora, wydano już grubo ponad 10 mln Oyster Card, z czego ponad połowa jest w stałym użyciu.

– Nie chcę, żeby inni ludzie wiedzieli skąd i dokąd jeżdżę metrem i mam do tego prawo – oburza się Ian Brown, słynny obrońca prywatności i pracownik Instytutu MIT w Cambridge. Tymczasem ogromna większość londyńczyków używanie Oyster bardzo sobie chwali. Gotówką za podróż płaci zaledwie 4 proc. pasażerów. Podobnie jak w przypadku kart płatniczych, telefonów komórkowych czy internetu, decydującym czynnikiem jest szybkość i wygoda. Ochrona prywatności pozostaje w tyle, tym bardziej że póki co nikt jej jeszcze nie nadużył.

Czy aby na pewno? Jak podaje BBC, brytyjska policja bardzo często korzysta z danych gromadzonych przez TfL. Tylko od sierpnia 2004 do marca 2006 ujawniono je w blisko 450 sprawach. Już wtedy media informowały, że jest to tendencja rosnąca. W roku 2008 dostępu do bazy TfL domagały się także służby specjalne, co miało pomóc im w zapobieganiu aktom terrorystycznym. Ostatecznie jednak, według oficjalnych informacji, nie mogą one z tych danych korzystać.

Psychologia karty bankowej

Jako źródło informacji „oysterka” jest jednak zabawką w porównaniu z jakąkolwiek kartą płatniczą czy kredytową. Każda transakcja nią dokonana zostawia elektroniczny ślad, w dodatku wiele mówiący nie tylko o naszej lokalizacji, ale i... o charakterze. Szczegółowy wgląd w to, co, kiedy i za ile kupujemy, stanowi najlepszy z możliwych materiał do tworzenia portretów psychologicznych. Obraz w ten sposób stworzony często mógłby zaskoczyć nas samych.

- Magazynowanie i przetwarzanie danych jest bardzo tanie – mówi Caspar Bowden, były szef Fundacji na Rzecz Badania Informacji, a także dobrze znany krytyk rządowych i korporacyjnych zakusów na prywatność obywateli. - A jednocześnie żadnego problemu nie stanowi skompletowanie informacji z różnych źródeł i złożenie ich w jedną całość. Obawiam się, że wkrótce służby rządowe przedstawią długa listę „dobrych powodów”, dla których powinny mieć do nich nieograniczony dostęp – dodaje.  

Choć wchodzenie z butami w naszą prywatność może oburzać, to tak naprawdę sami tego od władz oczekujemy. Wsiadając do metra czy autobusu chcemy przecież wysiąść z niego w jednym kawałku. Do 7 lipca 2005 nikt nie brał pod uwagę, że może być inaczej, jednak po ataku terrorystycznym na londyński transport okazało się, że nie jest to wcale takie oczywiste. Podobnie gdy wsiadamy do samochodu lub wracamy późnym wieczorem do domu oczekujemy, że nic złego się nam nie stanie, a jeśli nawet – że sprawcy będą ujęci i ukarani. Tego oczekujemy od władz i za to płacimy podatki. Może więc częściowa utrata prywatności to cena, którą musimy zapłacić za poczucie bezpieczeństwa. Tylko... czy naprawdę czujemy się bezpieczni słysząc szum kamery nad głową?

Dominik Waszek