TEMAT NUMERU 278
Wieczny tułacz, wieczny ciułacz
Polskie dwudziestolecie 1989 – 2009 doczekało się dziesiątek mniej lub bardziej poważnych opracowań. Głos zabrali apologeci „odzyskanej niepodległości”, rzecznicy „puszczonej w pacht Rzeczpospolitej”, politycy, dziennikarze, gwiazdy estrady. By obraz był pełen, nie może zabraknąć selektywnego spojrzenia emigranta, choć dziś o zdanie zazwyczaj nikt go nie pyta.
Okrągła rocznica zawsze skłania do podsumowań. Wybory 4 czerwca 1989 roku są symboliczną cezurą dla nowej ery w historii Polski – czy ktoś tego chce, czy nie. Co więc można dodać do tych tysięcy kartek zadrukowanych raportami, analizami i mądrymi opracowaniami? Z emigracyjnego oddalenia można dopisać dodatkową kartę historii tej nowej Polski, kartę zapisaną przez czyny przeciętnych ludzi, którzy znaczyli dzieje przekraczając granice. Historia i punkt widzenia tułaczy - ciułaczy to przecież część większego dziedzictwa.
Emigracja jako fanaberia
Za Gierka było lepiej, komuno wróć! Zdarza się spotykać i takie poglądy. Wypowiadają je – co dziwne – nie tylko dawni i obecni beneficjenci aparatu zwanego Peerelem. – Był porządek, nie było narkomanów i każdy miał pracę. A teraz trzeba się tułać po nieswoim kraju… – wypowiadają się z przekonaniem, choć najczęściej wyłącznie pod pseudonimem, internauci.
Skaza tej optyki jest widoczna od pierwszego momentu: za komuny paszport obywatela leżał w szufladzie esbeka i chcąc wyjechać trochę dalej niż do Rostocku, liczyć się trzeba było… Tu polecana jest uważna obserwacja zdarzeń w „Misiu” Stanisława Barei jako filmu o zdobyciu paszportu. Upokorzenia, dziadowski spryt, łapówki, kłamstwa i półprawdy, narażenie się na werbunek Służby Bezpieczeństwa – a wszystko po to, by zdobyć prawo do spojrzenia na Loarę, Tamizę czy Sprewę z tamtej strony Muru. Kiedy podczas stanu wojennego rzecznik rządu Jerzy Urban zainicjował akcję wysyłania koców i ubrań bezdomnym w Ameryce, w odpowiedzi usłyszał szeptaną propagandę: - Zamienię trzypokojowe na Ursynowie na śpiwór w Nowym Jorku.
Wyjazd z Polski „na Zachód” przez całe dziesięciolecia sprowadzany był przez władze do roli niepotrzebnej, ekscentrycznej i w sumie szkodliwej fanaberii. Mogli jeździć wyłącznie zaufani, tylko oni mogli podejmować zachodnie stypendia, tylko im nie robiono wyrzutów i tylko oni wiedzą, czym w zamian za paszport odwdzięczyli się władzy ludowej. Kiedy Leopold Tyrmand, ten „wrzód na ciele” intelektualistów lat 50. i 60., wreszcie zdołał wyżebrać paszport, w podróż zabrał swój dziennik ukryty gdzieś w zakamarkach samochodowego silnika. W przypadku ujawnienia tego rękopisu był przekonany o destrukcji wszystkich swoich podróżniczych i życiowych planów. Przejechał.
Sportowcy PRL-u na ogół byli karni, zresztą przychodziło im to łatwiej pod okiem licznych opiekunów przydzielonych do zespołu wprost ze Służby Bezpieczeństwa. Dlatego też kolejne olimpiady nie dziesiątkowały stanu osobowego polskich reprezentantów, choć oczywiście zdarzały się przypadki „spóźnienia się” na autokar czy samolot. Trafiając w 1975 roku do belgijskiego Lokeren Włodzimierz Lubański stanowił wyjątek, który nie potwierdzał absolutnie żadnej reguły. Inny bohater stadionów świata – Kazimierz Deyna (używał pseudonimu „Kaka”) do Manchesteru City przeszedł w roku 1978. Po nim przyszedł Zbigniew Boniek i w końcu inni.
Na emigrację nie łaszczyli się – poza wspomnianym Leopoldem Tyrmandem – polscy artyści czy literaci. Garstka, którą reprezentować w tym zestawieniu mogą Hłasko, Polański czy Miłosz, żadnej wiosny nie czyniła. W Polsce stawali się natychmiast zdrajcami, odmawiano im wszelakich praw, opluwano w gazetach i szydzono w radiu i telewizji.
Konterfekt „Zachodu” i polskich renegatów prezentowany był do 1989 roku jednoznacznie negatywnie. Czaiły się tam ziomkostwa podważające zachodnią granicę PRL, społeczeństwo było zdegenerowane, a jego obraz – groteskowy. Powieści Andrzeja Brychta typu „Raport z Monachium”, filmy Ryszarda Filipskiego, np. „Orzeł i reszka”, nie pozostawiają tu żadnych wątpliwości. Szczęściem przemyt do Polski obejmował również wolną myśl, dlatego też paryska „Kultura” po części drukowana była w formacie kieszonkowym, niewiele większym niż paczka papierosów. Na jej stronach odnajdywał swoje miejsce wyklęty Hłasko i zdradziecki Miłosz. Niekiedy trafiały nawet w ręce więzionych za przekonania dysydentów, odbywających akurat karę pozbawienia wolności „za godzenie w sojusze”…
Pionierzy bez pomnika
Wyłącznie dzięki wysiłkom niemogących usiedzieć na miejscu, wiecznie kombinujących Polaków, na domowych półkach pojawiały się kolorowe pasty do zębów, na talerzach polskich gramofonów długogrające płyty o muzycznym spektrum szerszym od prezentowanego w „Trójce”, a szwedzkie pornosy trafiały na bazary, gdzie zresztą z powodzeniem walczyły o klienta z plastikowymi, ale opatrzonych trzema paskami „adidasami” z Bułgarii czy szamponem Fa przytaszczonym z bratnich Węgier.
Mimo że stare demoludowe studenckie szlaki przemytnicze (Polska – Czechosłowacja – Węgry – Rumunia – NRD – Polska) powoli traciły na znaczeniu, to nie sposób zbyć ich milczeniem. Wywożono w latach 80. z Polski tekstylia, pastę do zębów, kawę „Turek”, tabletki biseptol i pewexowskie Lucky Strike, by po tygodniu pozbawionym snu, po kilkunastu wymianach poszczególnych towarów w końcu odespać się we własnym domu z kilkoma setkami zachodnich marek pod poduszką. Pionierzy tych krótkotrwałych emigracji do dziś nie doczekali się swojego pomnika, choć przewietrzyli Polskę z niespotykaną dotychczas skutecznością.
Tysiące anegdot oczekują na spisanie. Jak choćby opowieść o przemytniku, który zawiózł do Berlina Zachodniego (jeszcze przed upadkiem muru) tysiąc małych znaczków „Solidarności”. Następnego dnia wrócił do domu z dwoma tysiącami marek! Tysiące jednak wracały z „misiami” w paszporcie, czyli stemplem uznającym jego posiadacza za persona non grata na terenie Bundesrepublik Deutschland.
Niekiedy ludzie, nie mogąc znieść kagańca socjalizmu, decydowali się na desperackie kroki. Najpierw „zielona granica” z NRD - przechodzili w bród Nysę Łużycką, potem przemykali ku granicy z NRF, jak wtedy nazywano kapitalistyczne Niemcy. Nikt nie wie, ilu z nich zostało schwytanych, nikt nie wie, ilu zwyczajnie zastrzelonych, ilu zwerbowanych, ilu złamano życie i zdrowie. Pęd ku „wolnemu światu” i wyobrażenia o jego rozkoszach był tak silny, że ludzie gotowi byli ponieść największe ofiary, by stać się elementem tamtego świata.
Jeszcze w 1989 roku strażnicy NRD zastrzelili podczas „próby ucieczki na Zachód” ostatnią ofiarę Muru Berlińskiego, czyli Chrisa Gueffroy’a. Zresztą jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Berlinie Zachodnim było właśnie Muzeum Muru upamiętniające ofiary ucieczek do wolnego świata usytuowane w amerykańskim sektorze BZ, zaraz przy jankeskim posterunku Check Point Charlie. Polacy do muzeum, po okazaniu papierów, wchodzili za darmo…
W Polsce ludzie znów kombinowali. Ci, którym nie stało inwencji albo środków na wykonanie podkopu pod Murem czy chęci na pływanie po granicznych rzekach, wynajdowali preteksty. Studenci pozbawieni jakiegokolwiek poczucia rytmu czy elementarnego słuchu zasilali szeregi regionalnych zespołów „pieśni i tańca” po to tylko, by załapać się na uczestnictwo w jakimkolwiek tournee.
Tymczasem tysiące Polaków w latach 80. decydowały się na wystąpienie o azyl polityczny, ale zmiany w Polsce i w rozpadającym się bloku wschodnim wytrącały ten – pewny dotąd – oręż w walce o wizę pobytową. Wprawdzie wciąż powoływano się na niemieckie korzenie prababki Heleny robiąc z niej Helgę, wciąż fałszowano pożółkłe papiery, glancowano ordery Kajzera z pierwszej wojny, dokonywano przeszczepów całych konarów drzew genealogicznych, by wreszcie znaleźć się w obozie przejściowym i czekać na papiery, paszporty i wizę do Kanady czy Australii.
Zachód przemycany w towarach
Z biegiem czasu w Polsce - z miesiąca na miesiąc - coraz łatwiej załatwiało się wizy do Niemiec, Holandii czy Włoch. Oczywiście wyłącznie tranzytowe lub turystyczne. Najbardziej restrykcyjne były wtedy Wyspy Brytyjskie. Spadkobiercy imperialnego, wyspiarskiego „splendid isolation” borykali się z własnymi problemami gospodarczymi i politycznymi. Wciąż jednak brytyjski czy irlandzki funt znajdował się poza szerszym zainteresowaniem płowych mieszkańców Polski. W całej Irlandii, co wspomina Ernest Bryll, pierwszy ambasador RP na Zielonej Wyspie, Polonia liczyła na początku lat 90. około trzech setek osób!
Tymczasem w kraju powiewały już flagi z orłem w koronie. Taki sam znak wkrótce trafił na polskie paszporty, ale przed długie lata Zachód nie chciał dostrzec ani korony, ani posiadacza tego dokumentu. Któżby latał samolotami? Dokąd? Samochód – owszem! Ale niekiedy po pierwszy porządny samochód jeżdżono na Zachód. Najpierw Berlin Zachodni, metrem do dzielnicy Wansee, wylotówka na zachód i autostop. Ale potem, w kolejnych latach, już szło lżej, lepszym albo gorszym samochodem, z bulgoczącym bagażnikiem, do znanych sobie wcześniej Niemców czy Holendrów, do szklarni, obór czy prosto w pole. Z chińskimi zupami, krakowskimi kiełbasami, kiszonymi ogórkami i zapasem papierosów. Sprawy wiz stawały się coraz mniej istotne. Na granicach bezrefleksyjnie mijało się bryły wielotonowych ciężarówek, w których na wielką skalę przemycano papierosy, wódkę, broń, całe wioski kurdyjskie, żółty uran, zielony haszysz, czarny kawior, czerwonych terrorystów i jeden Bóg wie co jeszcze. Jednak ten wymiar otwarcia Europy nie poddaje się łatwym opisom i musi poczekać na swojego autora.
Wciąż zatem jeździło się „na saksy” do Niemiec, do roboty w szparagach, wciąż na czarno pracowano w holenderskich szklarniach, wciąż ganiano krowy po szwedzkich pastwiskach. Mieszkano tygodniami w samochodach, przyczepach kempingowych, stodołach, stajniach i namiotach. Wyrabiano jakiekolwiek miejscowe „dokumenty” często bez najmniejszego sensu. Spinano kwit ze szpitala, dokument z granicy, potwierdzenie z biblioteki, wszystko w nieznanych sobie językach i wnioskowano o prawo do pracy, o numer fiskalny, o możliwość zameldowania. Jednocześnie wyrywano sobie bolące zęby kombinerkami, kłusowano w stawach i lasach, kradło w sklepach co popadnie, buszowało wśród włoskich i niemieckich „wystawek”, paliło najpośledniejsze tytonie i piło zaprawę do ponczu instant. I wciąż przywożono do Polski dobra wcześniej tu niespotykane.
„Bite” i zaraz potem klepane w warsztatach citroeny i volkswageny pokonały bez walki gruchoczącą społeczność wartburgów, polonezów i trabantów. W każdym domu pojawił się dwukasetowiec - jamnik, kawa Nestle i puszkowe niemieckie piwo. Polskę zaczęli odwiedzać kojarzeni na świecie muzycy. To wtedy mawiało się, że Konrad Mazowiecki sprowadził do Polski Krzyżaków, a Tadeusz Mazowiecki sprowadził teraz banany.
Cel: zmieść „czerwonych”
Polityką ówcześni emigranci się nie zajmowali. Zagłosowali na „ekipę Lecha” i nikomu do głowy nie przychodziło, że coś miałoby pójść źle. Czerwoni mieli zniknąć z powierzchni ziemi, odrodziła się „Solidarność”, której logo powiewało na pierwszej stronie nowego niezależnego dziennika, czyli „Gazety Wyborczej”. Tymczasem chodniki ulic zatkały się składanymi łóżkami z towarami przywiezionymi wprost z Aldiego. Warsztaty blacharskie nie ustawały w klepaniu i naprawianiu sprowadzonych samochodów, pojawiły się pierwsze reklamy w TV (Prusakolep, Daihatsu) oraz salony bingo. W cenie były usługi mechaników potrafiących zamienić na bloku silnika numer fabryczny, a jeszcze inny wprowadzić na nadwozie. Wszystko działało, granice się otwierały, wakacyjne pocztówki przychodziły teraz z Amsterdamu i Rzymu. Procesor 486 i 64 RAM wystarczały. Płaskich monitorów i telefonów komórkowych nie było.
Jednocześnie zanikała przaśność. Jeślii tatuaż, to już nie naga baba na porośniętym szczeciną przedramieniu ani wąż owinięty na mieczu przebijającym serce. Pierwsze przywiezione z Hagi czy Hamburga wyszczerzone kłami mordy, delfinki i różyczki, chińskie sentencje, znaki zodiaku. Żadnych imion, żadnych wyznań, wkrótce w kolorze. Grille w ogrodach, mniej kiełbas, szaszłyki, papryka. Diety dla pań. Pozbywanie się tłuszczu, wąsów i eternitu. Dresy na każdą okazję. Wielka, dostrzegalna bodajże jedynie w Polsce kariera marki BMW. Walkman przy pasku. Dyskoteki, kasety VHS, pierwsze płyty CD, sprężynowe noże, dezodoranty używane po goleniu, mydło w płynie, detergenty, proszki, wymienne papierowe torby w odkurzaczach, agencje towarzyskie, hazard, pończochy samonośne. Zapachowe popielniczki. Elektroniczne zegarki, elektryczne wibracje, eklektyczne wystroje dużego pokoju, który awansował do rangi salonu.
Sposób na czarną robotę
Trudno dzisiaj sobie to wyobrazić, ale zamiar wyjazdu do Anglii opisywany był wyłącznie w czarnych kolorach. Rynek pracy we wszystkich krajach Europy Zachodniej był dla Polaków zamknięty, a Unia Europejska dopiero rozważała wpuszczenie Polski do swojego przedpokoju. Posiadanie w bagażu dwóch flanelowych koszul dyskwalifikowało polskiego „turystę” w oczach służb brytyjskich na granicy. Odmowa wjazdu skutkowała powrotem do Polski i twórczymi rozmyślaniami o kolejnych sposobach zmylenia służb i „ustawieniu się” za granicą. Cała Unia Europejska trzymała się mocno – nie macie prawa pracy w naszych krajach! Nie zniechęcało to Polaków do podejmowania się roboty na czarno.
Było kilka wytrychów, dzięki którym otworzyć można było serca Holendra, Niemca, Włocha czy Austriaka. Ten niezbędnik narzędziowy emigranta od dwudziestolecia nie zmienił się prawie wcale. Po pierwsze: historie wojenne. Jak to nas tłukli jedni i drudzy i jak to wtedy walczyliśmy. Tylko my! Od Mieszka I zresztą. Od morza do morza! Gospodarze słuchali opowieści ziewając, ale słuchali, bo grzeczni. I cyk żubróweczki. A jak było mało, to proszę bardzo: Solidarność i Wałęsa. Albo odwrotnie. I cyk żubróweczki! A na dokładkę „Papa, John Paul Drugi”! I cyk. I Bońkiem i Deyną po bokach. I Kozakiewicz. I Wałęsa znowu. Ju noł Polański? I tak do dzisiaj, przez pełne 20 lat!
Emigrant siedzi głęboko
Dzisiaj nie potrzeba w Europie żadnych paszportów, nikomu do głowy nie przychodzi, że można było tracić czas na wymyślanie, jakby tu się dostać do Berlina. Żadnych problemów… Ale te same mechanizmy. Wyjechać, nie szarpać się z biurokracją, zarobić, wytrzymać, zawziąć się, wysłać te 20 miliardów euro do Polski każdego roku. Dziś już z papierami, „na prawie”, legalnie, w biurze pracy, w zwarciu ze Słowakami i Litwinami. Dziś już w samolocie, na wakacjach na Teneryfie, z myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem właściwym wszystkim Europejczykom. Dzisiaj Polacy „młodzi, wykształceni z wielkich miast” bez kompleksów odwiedzają Florencję, Barcelonę czy wręcz Kapsztad. Pewnie niczego nie przemycają. Pewnie już niczego nie potrzebują. Ich rodzicom czegoś się chciało. A im?!
Bo polskie wyjazdy anno domini 2009 wciąż są polskie, a nie europejskie. Wciąż wynikają z poczucia pod polskim niebem braku powietrza. A nie z europejskiej chęci jego zmiany. Dziś już w każdym zakątku świata, usłyszymy polskie wyrazy. Wciąż błąkamy się po świecie zwożąc do Polski wrażenia, gadżety, myśli, opinie, opaleniznę, nieszczęścia, choroby, słowa, tęsknotę. Wciąż głęboko w Polaku siedzi emigrant. Który podobno za żadną cenę nie opuściłby własnego domu, rodziny, własnego kraju, własnej mowy i historii, horyzontów, biurokracji, brudnego kibla w pospiesznym do Warszawy, pijanych na ulicach sunących ku całodobowym sklepom, trzeźwych sunących z procesją do Częstochowy, tych mających zasady i tych mających konta w banku czy miejsca w sejmowych ławach. Nikt nie opuściłby swojego domu, gdyby nie… Właśnie. Gdyby nie co?!
Jacek Rujna