17.03.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
TEMAT NUMERU 279

Requiem dla Gordona Browna

Requiem dla Gordona Browna To laburzyści otworzyli dla Polaków brytyjski rynek pracy. Warto o tym pamiętać obserwując zmierzch ich władzy. Zwłaszcza teraz, gdy nadchodzi niechybna zmiana. Na Wyspach, podobnie jak w całej Europie nastaje czas prawicy.

W ostatnich dniach polityka całkowicie pochłonęła Wielką Brytanię i zepchnęła inne tematy na boczny tor. Rząd porzuciło sześciu ministrów, laburzyści dostali potężne baty w wyborach do samorządów i europarlamentu, a premier Gordon Brown walczy o przetrwanie. Czy coś z tego politycznego tygla powinno nas interesować? Tak. Sprawa imigracji, a tym samym Polaków pracujących na Wyspach, znajduje się w centrum politycznego sporu. To w dużej mierze z tego powodu brytyjska lewica straciła zaufanie wyborców. Partia Pracy jest u władzy od 12 lat. Tyle mniej więcej wynosi cykl utrzymywania się u steru rządów w Wielkiej Brytanii i wszystko wskazuje na to, że właśnie nadchodzi schyłek laburzystowskiej fali. Nogami przebierają już konserwatyści, którzy zaraz po odniesieniu przygniatającego zwycięstwa w wyborach lokalnych zażądali kolejnych – przyspieszonych wyborów parlamentarnych.

Druzgocąca klęska


Brytyjczycy mają dość laburzystów i ich neurotycznego premiera. Wyników ostatniego głosowania nie można nazwać inaczej jak kopniakiem dla rządzących. Partia Pracy uzyskała  najgorszy wynik w historii wyborów samorządowych, pozostając w tyle nie tylko za konserwatystami (38 proc. głosów), ale i za Partią Liberalnych Demokratów (28 proc.). Obraz klęski jest porażający. Po wyborach do 34 samorządów na terenie Anglii laburzyści będą mieli 178 radnych, o 291 mniej niż w minionej kadencji. W żadnej z tych rad nie będą rządzić. Konserwatystom udało się wprowadzić do samorządów 1531 swoich kandydatów i wygrali nie tylko tam, gdzie zawsze mieli poparcie, ale również w Staffordshire, Lancashire, Derbyshire i Nottinghamshire, w których przez ostatnie 25 lat rządziła Partia Pracy. Nie sprawdziły się czarne wizje rośnięcia w siłę, a nawet dojścia do władzy ekstremistów. Brytyjska Partia Narodowa (BNP) zdołała wprowadzić do samorządów zaledwie trzech reprezentantów.

W odbywających się równocześnie z samorządowymi wyborach do Parlamentu Europejskiego skala porażki laburzystów jest jeszcze bardziej dotkliwa. Uzyskali poparcie na poziomie 15,7 proc., co znaczy że będą mieli tylko 13 parlamentarzystów w Strasburgu. Wygrali konserwatyści, na których głosowało 27,7 proc. wyborców, a Partię Pracy wyprzedziła jeszcze posługująca się antyunijną retoryką Partia Niepodległościowa Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

Największy niepokój komentatorów i polityków wywołał jednak wynik osiągnięty przez uważaną za skrajnie prawicową BNP, której udało się wprowadzić na strasburskie salony dwóch swoich przedstawicieli, w tym lidera organizacji – Nicka Griffina. Cóż, pobieranie europarlamentarnej pensji przez polityka, który zasłynął frazą „Nienawidzę Unii Europejskiej”, zasługuje na szeroko otwarte ze zdumienia oczy, ale nie należy zaraz przeceniać siły dwóch ekscentryków i wołać o opamiętanie Brytyjczyków. Ludzie ewidentnie wybrali konserwatystów, a obecność skromnej reprezentacji BNP to tylko „wypadek przy urnie”.

Brown musi odejść

Czemu torysi zawdzięczają swój sukces? Przede wszystkim powinni podziękować swoim rywalom i osobiście Gordonowi Brownowi. Były minister skarbu, który latem 2007 roku przejmował schedę po odchodzącym premierze Tonym Blairze, był w komfortowej sytuacji – notowania Partii Pracy i rządu były dość wysokie, a w gospodarce nie ujawniły się jeszcze znaki kryzysu. Po dwóch latach rządów Brown i jego gabinet znaleźli się na dnie. Pierwszym ciosem był kryzys finansowy, który spadł na Wielką Brytanię po latach prosperity i powtarzanej do znudzenia gwarancji laburzystów, że nie ma powrotu do konserwatywnej polityki „boom and boost”, czyli ekonomicznych „wzlotów i upadków”. To właśnie Brown, jeszcze jako minister odpowiedzialny za finanse państwa, sformułował zasadę zrównoważonego wzrostu, który miał trwać wiecznie dzięki rozsądnej dyscyplinie budżetowej. Czym się ta strategia zakończyła, wszyscy wiemy z własnych obserwacji.

W ostatnich dniach kampanii wyborczej torysi wiele zawdzięczają dobremu, a w każdym razie o niebo lepszemu od laburzystów rozegraniu najświeższej afery politycznej. Mimo że wielu konserwatywnych parlamentarzystów stało się negatywnymi bohaterami skandalu korzystając z systemu refundacji poselskich równie bezczelnie jak lewica, lider torysów David Cameron potrafił wmówić opinii publicznej, że to on jest jedynym sprawiedliwym, który rozpozna i ukarze czarne owce w swoim stadzie. Ta sprawa była jednak tylko jednym z elementów większej całości.

Laburzyści stracili też poparcie, bo pogubili się w rozeznaniu opinii wyborców w sprawach dla nich najistotniejszych i budzących najgłębszy niepokój. Najważniejszą kwestią jest w tej chwili dla brytyjskiego społeczeństwa imigracja. Torysi dość jednoznacznie opowiadają się za jej ograniczeniem, ale mówią o tym nie uderzając w radykalne tony. W umiarkowanym i w miarę otwartym społeczeństwie brytyjskim poruszanie struny nacjonalizmu nie byłoby dobrze przyjęte, o czym świadczy poziom popularności BNP. Partia pod wodzą Davida Camerona skutecznie tworzy swój wizerunek „konserwatystów współczujących”, którzy rozumieją obawy zwykłych ludzi przed nadmierną imigracją, a jednocześnie są dalecy od rozwiązań proponowanych przez nieodpowiedzialnych ekstremistów. Tuż przed wyborami jeden z komentatorów dziennika „The Times” pisał, że Brytyjczycy oddadzą swoje głosy nacjonalistom po części w ramach protestu przeciw „błaznom” z parlamentu, ale przede wszystkim z powodu niechęci do imigrantów w czasie ekonomicznego kryzysu. „W mniemaniu tych wyborców zastępy parlamentarnych szarlatanów marnują życiowy dorobek ludzi napychając nim kabzy Polaków (cudzoziemców)” – to dokładny cytat z felietonu Alice Miles, która po raz pierwszy otwarcie przyznała, że w oczach przeciętnego Brytyjczyka to właśnie Polacy uosabiają cały „problem imigracji”.

Dzisiaj rząd Gordona Browna dogorywa i coraz częściej pojawiają się głosy o przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Również w łonie macierzystej Partii Pracy. Tuż po przegranych z kretesem wyborach zaczęła się mobilizacja posłów z różnych stron sceny politycznej, którzy żądają jego odejścia. Jeśli uda się zebrać 77 podpisów, wniosek o odwołanie premiera może zostać oficjalnie złożony.

Torysi nie cofną czasu

Zmiana władzy wydaje się nieunikniona. Co nas po niej czeka? Chociaż wizja felietonistki „Timesa” o masowym głosowaniu na BNP na szczęście się nie ziściła, to konserwatyści i tak będą musieli po przejęciu władzy stawić czoła narastającym nastrojom antyimigracyjnym. Wydaje się jednak, że ci, którzy przejęli teraz władzę w samorządach, a wkrótce przejmą ją w państwie, nie będą ścigać się z nacjonalistami w radykalizmie. Strategia torysów odnośnie imigracji spokojnie mieści się w ramach rozwiązań cywilizowanych i demokratycznych, chociaż przykryta jest wielkimi słowami.

– Czas na wielkie zmiany w naszym podejściu do imigracji. Potrzebujemy zmiany naszego systemu punktowego, tak aby wprowadzić limit w liczbie wydawanych pozwoleń na pracę – mówi Damian Green, minister ds. imigracji w konserwatywnym gabinecie cieni. – Potrzebujemy odpowiednio zintegrowanych służb policji granicznej i egzekwowania wymogu porozumiewania się w języku angielskim przez tych, którzy chcą się osiedlić w naszym kraju.

Trudno doszukać się w tych propozycjach jakiegoś zagrożenia dla interesów Polaków, którzy w Wielkiej Brytanii pracują od kilku lat i myślą o pozostaniu tu dłużej. Sztandarowym pomysłem konserwatystów jest wymieniona przez Greena policja graniczna, która miałaby szerokie uprawnienia w walce z nielegalnymi imigrantami. Ta walka nie dotyczy obywateli krajów Unii Europejskiej, bo torysi raczej nie zamierzają „cofać czasu” i rozpoczynać krucjaty przeciw wspólnemu i otwartemu rynkowi wymiany pracowników. Cała konserwatywna strategia ograniczania napływu cudzoziemców do UK skierowana jest na wzmocnienie kontroli wobec imigrantów ekonomicznych spoza UE i poszukiwaczy azylu. Przeciętny wyborca, któremu na myśl o imigrantach zabierających Brytyjczykom pracę stają przed oczyma przybysze z Polski i innych krajów A8, być może sobie tego nie uświadamia, ale na tym właśnie polega rozwiązanie torysów. Poważna partia pozostawia mrzonki o wycofaniu Wielkiej Brytanii ze wspólnoty europejskiej i o tzw. dobrowolnych repatriacjach Polaków do ich kraju groteskowym prawicowcom z BNP.

Nadszedł czas prawicy


Polacy, którzy – jak zwykło się mawiać w Wielkiej Brytanii – przyjechali na Wyspy w poszukiwaniu lepszego życia, sporo zawdzięczają Partii Pracy. 27 kwietnia 2004 roku, na kilka dni przed otwarciem granic UK dla pracowników z nowych krajów członkowskich UE, ówczesny laburzystowski premier Tony Blair w swojej słynnej mowie traktował tę decyzję z jednej strony jako ważny czynnik integracji europejskiej, a z drugiej jako ruch konieczny dla podtrzymania wzrostu gospodarczego. Czas zrewidował te poglądy, a jego następca na fotelu premiera musiał zmagać się z rosnącą presją niezadowolonego społeczeństwa. Teraz przychodzi mu płacić za to najwyższą polityczną cenę. Polacy winni pamiętać, że utratę zaufania i dołowanie w sondażach laburzyści „zawdzięczają” po części niezmiennej obronie swojej polityki imigracyjnej, która wielu z nas przyniosła nieocenione korzyści. W przewrotnym sensie czerpiemy zyski z wystosowanego przez lewicę zaproszenia i trwania przy swoich „imigracyjnych racjach”, które w rezultacie przyniosły tej formacji klęskę.

Dzisiaj nastał czas prawicy. Nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w całej Europie. W europarlamencie prym wieść będą partie prawicowego mainstreamu z poszczególnych krajów wspólnoty, jak brytyjscy torysi, niemiecka chadecja czy francuska Unia na Rzecz Ruchu Ludowego. Obok nich w ławach poselskich zasiądzie więcej polityków dość wyraźnie antyunijnych, choć nie są oni na tyle liczni, by mogli rozsadzić wspólną Europę. Główni gracze muszą jednak wziąć pod uwagę, że Europejczycy są zmęczeni pogłębianiem integracji, nie chcą dalszego rozszerzania Unii, opowiadają się przeciw przyjęciu Turcji i najchętniej zamknęliby granicę przed imigracją.

Adam Skorupiński
Współpraca: Tomasz Ziemba



Problemy z głosowaniem Polaków w Wielkiej Brytanii

System głosowania w kraju innym niż kraj pochodzenia wyborcy wymaga przebudowy. Polacy w Wielkiej Brytanii mogli wybrać, czy głosują na kandydatów brytyjskich, czy wybiorą swoich przedstawicieli z listy warszawskiej. Wyszło z tego tylko zamieszanie.
Po pierwsze, nie dowiemy się zapewne, jaka była rzeczywista frekwencja wśród polskiej społeczności, bo trzeba by było zsumować dwie grupy wyborców. O ile policzenie osób głosujących w polskich okręgach wyborczych na terenie UK jest proste, o tyle liczba Polaków, którzy głosowali na kandydatów brytyjskich, pozostanie nieznana.

Po drugie, ów system wyboru otwiera pole do nadużyć i głosowania „na dwie ręce”.
Nie wiadomo, czy nie było wśród Polaków osób, którzy nie oparli się pokusie dwukrotnego pójścia do urn. Choć takie działanie jest niezgodne z prawem, władze w krajach Unii Europejskiej do dziś nie wypracowały sposobu, by ukrócić podobny proceder. Jak ustaliliśmy, służby konsularne RP w Londynie nie były w stanie wychwycić osób, których nazwiska znalazły się na brytyjskich listach wyborczych. Jak sobie poradziły z tym faktem? - Mogę tylko powiedzieć, że oddanie głosu dwa razy jest przestępstwem i może być ścigane – mówi Robert Szaniawski, rzecznik ambasady RP w Londynie.

Lech Gajzler, ekspert prawny w Krajowym Biurze Wyborczym przypomina, że głosowanie przez ludzi mieszkających poza graniami kraju reguluje unijne prawo wyborcze, które wyraźnie zabrania głosowania więcej niż raz. Kiedy możemy spodziewać się kłopotów? Eksperci z Państwowej Komisji Wyborczej uważają, że najprędzej w sytuacji, gdy ktoś złoży na nas donos. Wystarczy telefon, list albo e-mail i sprawa zostanie przekazana organom ścigania. Ale nie tylko.

- Każde państwo członkowskie zobowiązane jest informować kraj, z którego pochodzi wyborca, że ten zdecydował się głosować poza granicami – zastrzega Lech Gajzler. - Może nie zostanie to wychwycone natychmiast, ale konsulaty i tak przekazują później listy wyborców do właściwych urzędów gmin. I wtedy dochodzi do weryfikacji dokumentów.
Obywatel, który głosował „na dwie ręce” nie naraża się jednak na skazanie za przestępstwo i trafienie do centralnego rejestru skazanych. Karę określa kodeks wykroczeń, co oznacza, że sąd może nałożyć najwyżej karę grzywny.

Po trzecie, nasi czytelnicy sygnalizują, że właśnie przez skomplikowany mechanizm wyborczy zostali pozbawieni prawa do głosowania. Wyborcom nie-Brytyjczykom zostały przydzielone kategorie, które określały ich prawo do głosowania. Obywatelom krajów członkowskich UE najpierw przydzielano kategorię G, która uprawniała do głosowania wyłącznie w wyborach lokalnych. Dopiero po wypełnieniu dodatkowego formularza, w którym potwierdzali oni, że nie głosują w kraju swojego pochodzenia, kategoria G była zmieniana na K, co uprawniało do oddania głosu zarówno w wyborach samorządowych, jak i europejskich.

Przez te „kombinacje” do oddania głosu nie została dopuszczona rodzina Polaków z Luton, pomimo posiadania Official Poll Card i wcześniejszego terminowego zarejestrowania się do wyborów. – Nasze nazwiska znalazły na liście w punkcie wyborczym, jednak były skreślone – informuje zbulwersowany polski wyborca, który w rezultacie nie mógł zagłosować na kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. David Williams z Electoral Registration Office wyjaśnia, że ktoś prawdopodobnie przez pomyłkę przydzielił rodzinę Polaków do grupy G zamiast K.
Przez ten błąd wyborcy zostali jednak pozbawieni jednego z najważniejszych praw obywatelskich. – Na liście w tym punkcie wyborczym widziałem więcej skreślonych osób, były wśród nich również polskie nazwiska – dodaje mieszkaniec Luton.
Do ilu takich wpadek doszło w skali całego kraju? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Wniosek może być jednak tylko jeden – system wymaga poważnego liftingu.