03.09.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
NASZE SPRAWY 280

W pogoni za zasiłkiem

W pogoni za zasiłkiem Ci, którzy zmagają się z biurokratyczną machiną brytyjskich urzędów pracy, mają wrażenie, że urzędnicy specjalnie utrudniają im starania o zasiłki. Dlatego że są Polakami. Pada słowo wytrych – dyskryminacja. Przesada? Czasem ten bałagan wygląda na nader sprawny mechanizm gnębienia petenta. Zupełnie jak w Polsce. Albo jak u Kafki...

W czasie recesji otrzymanie zasiłku jest prawie takim samym wyczynem jak znalezienie pracy. Liczba bezrobotnych zgłaszających się do Job Centre wzrasta z miesiąca na miesiąc. Wśród nich nie brakuje Polaków. Państwowe biuro statystyczne szacuje, że w pierwszym kwartale tego roku wnioskodawców było aż 1,51 miliona. W samym tylko kwietniu liczba podań wzrosła w stosunku do marca o 57 tysięcy. Dla porównania, w tym samym miesiącu rok wcześniej wniosków było o 710 tys. mniej. Job Centres nie nadążają z ich rozpatrywaniem.

Błądzący z pismami

Początek jest zawsze taki sam. Po pierwszym szoku związanym z utratą pracy przychodzi czas na działanie. Pieniądze topnieją z dnia na dzień, na konto nic nie wpływa, e-maile wysłane do agencji pracy pozostają bez odpowiedzi, a telefon milczy. Bezrobotny Polak udaje się więc do Job Centre. Tam rejestruje się, jako osoba bez pracy, wypełnia dziesiątki formularzy i... cierpliwie czeka na decyzję w sprawie przyznania zasiłku.

Wydłużonemu czasowi oczekiwania towarzyszy często bałagan administracyjny. – Za każdym razem przyjmuje nas ktoś inny. Dwa razy musiałem wysyłać dokumenty, bo zgubili – mówi Krzysztof Śmiałek, który w lutym stracił pracę. Kłopoty zaczęły się już w momencie składania wniosku o zasiłek Jobseekers Allowance.

– Po złożeniu podania dowiedzieliśmy się, że musimy jeszcze dostarczyć zaświadczenie z Home Office, mój certyfikat choroby i że to wystarczy. Na kolejnym spotkaniu w Job Centre mąż spytał, jak wygląda sprawa jego zasiłku, bo minął już miesiąc i trzeba nowy czynsz zapłacić. Dowiedział się, że musi czekać. Następnego dnia córce powiedzieli, że podanie nie może być rozpatrzone, bo nie ma wszystkich dokumentów. Później przyszło pismo z prośbą o dosłanie ostatnich payslipów męża. Potem chcieli jeszcze P45. Ciągle coś –  mówi Donata Śmiałek.

Pozbawiona środków do życia rodzina czuje złość i bezsilność. Polacy nie potrafią zrozumieć, dlaczego zamiast oczekiwanej decyzji dostają kolejne pisma z prośbą o dostarczenie brakujących dokumentów. – Minęło ponad 100 roboczych dni, a sprawa w ogóle nie jest skończona. Błądzimy tak z tymi listami. Chcą Polaków doprowadzić do długów. Ja powiedziałem, że nie mogą mnie w taki sposób traktować. Nie można się poddawać, dlatego nadal walczymy – mówi Krzysztof Śmiałek.

Walka z biurokracją

Bezrobotni Polacy starający się o pomoc ze strony państwa często padają ofiarą urzędniczej niewiedzy. Urzędnicy nie do końca orientują się bowiem w przepisach obowiązujących wnioskodawców z krajów A8. – Przyjechałem do UK w kwietniu 2002 roku, na długo przed Unią Europejską. Pracę jako samozatrudniony zacząłem jakoś w grudniu tego samego roku. Nigdy nie miałem problemów wizowych. Mam też rezydenturę. Została przyznana w czerwcu 2004. Wydaje się ją na pięć lat, potem można się ubiegać o brytyjski paszport – mówi Krzysztof Wróblewski, który przed zwolnieniem pracował jako menedżer produkcji. Był zatrudniony na czas nieokreślony. Płacił składki ubezpieczenia społecznego i podatki. Podobnie jak reszta załogi stracił pracę, gdy fabryka została sprzedana. - Dostałem miesięczne wypowiedzenie. Przygoda zaczęła się, kiedy zgłosiłem się w lutym do Job Centre jako osoba poszukująca pracy. Na początku nie było żadnych problemów. Prawie bajkowo. Powiedzieli, że wszystko się zgadza, bo mam wymagane papiery i rezydenturę, więc nie trzeba niczego potwierdzać – wspomina Krzysztof.

Decyzja w sprawie przyznania zasiłku miała zapaść w ciągu 10 dni roboczych. Po trzech tygodniach bez jakichkolwiek wieści skontaktował się z instytucją przyznającą zasiłki. Dowiedział się, że sprawa została zawieszona z powodu brakujących dokumentów. Wymagano również wypełnia specjalnego formularza, który wymagany jest od osób, które nie posiadają rezydentury. – Byłem zaskoczony, bo chwilę wcześniej wróciłem ze spotkania w Job Centre i nikt mnie nie poinformował o tym fakcie – mówi Krzysztof.

– Tego samego dnia mąż pobiegł do Job Centre po ten druk. Człowiek, który nas przyjmował, zrobił wielkie oczy i spytał, do czego jest mu on potrzebny, skoro jest tutaj rezydentem – dodaje żona Małgorzata.
Wróblewscy wypełnili druk i czekali.

W oparach absurdu

– Proces maglowania trwał dwa tygodnie. Cały czas wydzwaniałem do urzędników – wspomina Krzysztof. W końcu doczekał się decyzji. – Job Centre z East Ham orzekło, że nie mogą mi zapłacić, ponieważ prawo mówi, iż nie mogą mi zapłacić. Za każdym razem kiedy czytam to pismo urzędnikom przez telefon, słyszę jak parskają śmiechem – mówi.

W tym samym czasie otrzymał również negatywną decyzję z Departament for Work & Pensions. W uzasadnieniu odmowy przyznania zasiłku Jobseekers Allowance stwierdzono, iż nie posiada on prawa do zamieszkania w UK. – Odwoływaliśmy się kilkakrotnie. Nie było to łatwe, bo nie wiedzieliśmy, od czego mamy się odwoływać, skoro daliśmy im wszystko, czego od nas żądali – mówi Krzysztof.

– Z tej bezsilności przepisałam przepis z rezydentury, który mówi, że osoba posiadająca resident permit ma być traktowana na terenie UK tak samo, jak osoba posiadająca brytyjskie obywatelstwo – dodaje Małgorzata.  

Wróblewscy w dalszym ciągu walczą o przyznanie im zaległych i obecnych zasiłków. Krzysztofowi udało się znaleźć pracę. Nadal spłaca długi zaciągnięte na bezrobociu.

Śmiałek szuka prawnika, który pomoże mu założyć sprawę w sądzie przeciwko councilowi. Planuje również sądzić się w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.

Anna Lambryczak