03.09.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
TEMAT NUMERU 281

Biznes nie z tej ziemi

Biznes nie z tej ziemi

Jak zarobić milion funtów? Pytanie wydaje się nieprzyzwoite w czasach, gdy wokół ludzie tracą pracę, a firmy bankrutują. Właśnie to spotkało Szymona Balcewicza z Reading pod Londynem. Zamiast poddać się i zrezygnować, wpadł na szalony pomysł... wysłania w kosmos rakiety. I chce przy tym zarobić górę pieniędzy! Jak świadczą przykłady podobnych mu „desperados biznesu”, jego idea wcale nie musi zakończyć się klęską.

Pomysłów na to, jak poradzić sobie z kryzysem, może być wiele. Jedni wracają do Polski, inni szukają pomocy w Job Center, jeszcze inni tylko się martwią i narzekają. Tymczasem niektórych kryzys zamiast przytłaczać, motywuje. Na przykład do realizowania szalonych z pozoru pomysłów i koncepcji. Takich jak... wysyłanie rakiety w kosmos czy sporządzania rankingu publicznych toalet. Co lepsze? Przeczekać ciężkie czasy, próbując jak najmniej stracić czy też zagrać va banque, stawiając wszystko na niepewną kartę? Oceńcie sami.

– Rakieta poleci w kosmos 11 listopada 2011 roku – mówi z przekonaniem Szymon Balcewicz z Reading. – Stąd nazwa projektu, która do tej daty się odnosi: Triple Eleven Code, bo to 11.11.11. Tego dnia amerykańska korporacja Interorbital System wystrzeli w przestworza rakietę C-Star, na której będą widoczne logotypy naszych klientów i sponsorów przedsięwzięcia – dodaje. Szymon dogadał się z amerykańską korporacją i zdobył prawa do części powierzchni rakiety. Zamierza na niej umieścić znaki firmowe tych, które poprą jego internetowy projekt.

Pomysłów pełna głowa


Szalonych idei Szymonowi nie brakowało od małego. Jak mówi, wymyślanie takich „odlotowych” rzeczy zawsze przychodziło mu z łatwością. Wymyślać to jedno, realizować – co innego. Tu potrzeba przynajmniej kilku rzeczy: czasu, pieniędzy i niestygnącej pasji. – Z pasją, jak wspomniałem, kłopotu nie było, z dwiema pozostałymi rzeczami bywało różnie. Aby odpalić ten rakietowy projekt, potrzebowałem specyficznych warunków. Jednym z najbardziej nieodzownych był… światowy kryzys – dodaje.

Do Wielkiej Brytanii Szymon przyjechał przed kilku laty. Prowadził tu niewielką firmę budowlaną. Nieźle zarabiał, miał z czego odłożyć. I odkładał. Pierwsze symptomy krachu na rynku zaczął zauważać dokładnie przed rokiem, w czerwcu 2008. – Spadła ilość zleceń, ale wciąż myślałem, że jakoś przetrwam. Spodziewałem się, że to chwilowe – wspomina.

Pod koniec roku zaczął jednak zdawać sobie sprawę, że przyjdzie mu zwinąć interes. – W grudniu opuściłem ręce. Zbankrutowałem – opowiada. – I od razu przeżyłem zmasowane bombardowanie mojej głowy przez najdziwaczniejsze pomysły na to, co dalej.

Strona za milion dolców

Zupełnie nieświadomie Szymonowi pomógł 21-letni Brytyjczyk, Alex Tew, który kilka lat temu borykał się z problemem opłacenia sobie studiów. Myślał, myślał i wymyślił. Zagrał jak bankierzy. Postanowił zarobić sprzedając coś, co nie istnieje, ale w przeciwieństwie do nich Aleksowi się udało. Tew, niczym niewyróżniający się chłopak z Cirencester w hrabstwie Wiltshire, postanowił zbudować stronę internetową o powierzchni miliona pikseli i odsprzedawać je po kolei każdemu, kto będzie chciał za nie zapłacić. Cena: 1 dolar za 1 piksela.

Choć z pozoru idea ta wydaje się szalona i bez szans na powodzenie, szybko okazało się, że w tym szaleństwie metoda jednak była. Swój pomysł Tew zarejestrował pod internetowym adresem www.milliondollarhomepage.com, podzielił stronę na 100-pikselowe fragmenty, bo to minimum, które może dostrzec ludzkie oko, i zaczął sprzedawać. Pierwsze trzy setki pikseli sprzedał znajomym i rodzinie, a zarobione pieniądze zainwestował w promocję – i strony, i samego przedsięwzięcia. Dotarł najpierw do lokalnych, potem również ogólnokrajowych i internetowych mediów, które starał się zainteresować swoim pomysłem. Choć z początku zbywano go pobłażliwymi uśmiechami, w końcu znaleźli się ludzie chcący wykupić miejsce na jego stronie. Im więcej ich było, tym bardziej śmiało do propozycji podchodzili kolejni inwestorzy. Wkrótce Alex stał się milionerem. Zarobił nie tylko na pierwszy rok studiów, co początkowo było jego celem, ale i na całe lata niezłego życia. Na ironię zakrawa fakt, że kierunkiem, o którego studiowaniu Tew marzył był… biznes. Zachwyceni jego operatywnością internauci mówili, że po tak spektakularnym sukcesie Alex powinien w tej dziedzinie nie tyle się kształcić, co uczyć innych.

Rakieta z pokojami

Idea Szymona jest z pozoru podobna do tej autorstwa Aleksa. Bo choć prawdziwa rakieta w kosmos poleci, on buduje jej wirtualną wersję, sprzedając nie piksele, ale „pokoje” na jej pokładzie.

– Każdy, kto wykupi pokój, będzie miał możliwość przedstawienia na stronie oferty swojej lub zaprzyjaźnionych firm. A jego logo poleci potem w kosmos na prawdziwej rakiecie i będzie widoczne podczas jej startu, transmitowanego internetowo na cały świat – mówi. – Na tym jednak nie koniec, bo umożliwiamy także wysyłanie w kosmos wiadomości od internautów.

Każdy z użytkowników jego serwisu ma prawo do wysłania dwóch wiadomości w przestrzeń kosmiczną. Pierwsza jest dowolna, druga jednak ma opisywać Ziemię, której sobie życzymy.

„Ziemia według mnie powinna być rządzona przez same kobiety” – pisze jedna z użytkowniczek. – „Kobiety będą prezydentami, premierami, dyrektorami, a mężczyznom przypadnie rola kur domowych, sprzątaczek oraz sekretarek”. I jeszcze dopisek: „Bo na to zasługują!” Ktoś inny pragnie, aby glob był w całości jadalny, jeszcze inny użytkownik chciałby, żeby z jego powierzchni zniknęły pieniądze, a ludzie za sprawą jakiegoś cudu stali się uczciwi i godni zaufania.  

- Wszystkie te wiadomości zostaną zapisane na twardym dysku, który naprawdę wyślemy w kosmos – mówi Szymon. Tylko czy odczytujący je kosmici będą używać Windowsa..?

Fusy, minusy i… zyski

Nawet jeśli Szymon na swym biznesie nie zarobi, liczy się przecież pomysł, który inspiruje innych i daje im rozrywkę. Za to, zdaniem Polaka, ludzie będą w stanie zapłacić. A gdy już o pieniądzach mowa, nasz bohater zaczynał z o wiele lepszej pozycji niż Alex Tew. – Pracując w Wielkiej Brytanii przez kilka lat, odłożyłem parę groszy – mówi. – To wystarczyło, żeby wystartować z projektem. Co dalej? Nie wiem, ale liczę, że moja rakieta na siebie zarobi – dodaje.  

Czy tak się stanie? Czas pokaże, ale w historii robienia interesów nie takie pomysły już „przechodziły”. Jeśli przyjrzeć się im po kolei, ma się wrażenie, że pieniądze naprawdę leżą na ulicy, a rzeczy niemożliwych w istocie nie ma. Czasem dziecinnie łatwo jest też przekuć kłopoty w rynkowy sukces. Przykłady?

Znana wszystkim firma Starbuck’s kilka lat temu miała poważny problem z utylizacją odpadów po swej działalności, czyli... fusów od kawy. Tak ogromna, ogólnoświatowa korporacja jak Starbuck’s generuje ich całe tony, a wydatki na utylizację odpadów stanowiły w rocznym budżecie pokaźną sumę poprzedzoną minusem. Cóż jednak można zrobić z fusami? Co najwyżej z nich wróżyć, ale świat nie wydał chyba aż takiej ilości wróżek zdolnych temu podołać. Ktoś w firmie zdał sobie jednak sprawę, że fusy zawierają w sobie całkiem sporo azotu. Ten zaś jest doskonałym surowcem do produkcji nawozów, które Starbuck’s wkrótce zaczął z nich wytwarzać, sprytnie przekuwając straty w całkiem spore zyski.

Mało kto również wie, że inna znana, globalna korporacja – mowa o McDonalds – wcale nie zarabia najwięcej na sprzedaży kanapek. Tak było kiedyś, jednak w miarę wzrostu popularności marki spece od finansów w firmie dokonali ciekawego odkrycia, a wyciągnięte z niego wnioski natychmiast wprowadzili w czyn. Od tamtej pory uruchomienie nowej, wolnostojącej restauracji McDonalds firma zaczyna od zakupu... gruntu. Nie tylko tego, na którym ma ona powstać, ale również wszystkich okolicznych w znacznym promieniu. Gdy tylko w szczerym polu powstaje restauracja z charakterystycznym „frytkowym” logo, od razu w kolejce ustawiają się inne firmy, chcące z nią sąsiadować: stacje benzynowe, salony samochodowe, sklepy. A rynkowa cena okolicznej ziemi znacznie wzrasta. McDonalds zarabia na dzierżawie atrakcyjnych gruntów, wychodząc na swoje o wiele szybciej i lepiej niż na sprzedaży kanapek.

Zabawić znudzone dzieci

To jednak dotyczy dużych i znanych firm, choć historia biznesu nie skąpiła sukcesów także tym, którzy zaczynali od zera. Na 20 milionów dolarów wyceniono w chwili jej sprzedaży firmę niejakiej Sheri Shmelzer, zwykłej gospodyni domowej, którą w koleiny biznesu wprowadziły znudzone dzieci. Aby jakoś je zabawić, Sheri postanowiła ręcznie wykonać im kilka ozdób na buciki. Użyła tego, co miała pod ręką, czyli rozmaitych krawieckich dodatków, które trzymają w specjalnych pudełeczkach chyba wszystkie mamy świata. Poszło jej tak dobrze, że wkrótce uszczęśliwione dzieciaki paradowały w najfikuśniej przyozdobionych pantofelkach. Szeri nie czekała długo, od razu zastrzegła swój pomysł i rozpoczęła chałupniczą produkcję. Sukces rynkowy, jaki odniosły jej „jibbitz”, przerósł nie tylko jej najśmielsze oczekiwania.

Nie mniej łaskawie los obszedł się z Jasonem Wallem, który w 1988 roku założył firmę produkującą... piłeczki na anteny samochodowe. Nie było to zresztą w tych czasach nic nowego, bowiem podobne przedsiębiorstwa z powodzeniem funkcjonowały już na amerykańskim rynku. Tajemnicą sukcesu Walla były jednak wzory piłeczek, które po prostu spodobały się kierowcom. Firma In-Concept istnieje do dziś, sprzedając ponad pół miliona piłeczek miesięcznie.

Za potrzebą do e-szaletu

Osobnym i zdobywającym coraz większą popularność rynkiem jest oczywiście internet. Również i tu nie brakuje pola do popisu dla ludzi pomysłowych i uparcie wierzących w swój sukces. Idealną niszę na rynku znaleźli np. twórcy serwisu PositivesDating.com. Zrzesza on ludzi zarażonych wirusem HIV, umożliwiając im zawieranie znajomości i chodzenie na randki. Szybko okazało się, że nosiciele wirusa, gromadnie zaczęli go odwiedzać, a w pierwszym roku działalności portal zarobił 100 tysięcy dolarów na czysto.

Potrzeba matką wynalazków – to przysłowie chętnie używane i w języku  polskim, i w angielskim. Pod jego prawdziwością mogliby podpisać się twórcy innej strony, a zarazem usługi: wyszukiwarki toalet. MizPee to aplikacja umożliwiająca szybkie odnalezienie najbliższej toalety. Chcąc z niej skorzystać wysyłamy sms-a pod numer, otrzymując link do strony internetowej, na której wyszukiwarka błyskawicznie podpowie nam, gdzie iść za potrzebą. Dla wybrednych jest tu także opcja pozwalająca zdobyć dodatkowe informacje o czystości wygódki oraz przeczytać opinie innych użytkowników, którzy już z niej korzystali.

Made in Britain

Niecodziennych pomysłów na biznes nie brakowało też Brytyjczykom. Specjaliści od konsumenckich gustów z dużej kompanii piwowarskiej Scottish Courage zadali sobie pewnego dnia proste pytanie: co jest najlepsze w upalny dzień? Odpowiedź „zimne piwko” wydawała się w tej branży oczywista, jednak piwowarzy poszli o krok dalej. Wkrótce na rynku pojawiły się... lody o smaku piwa, nie byle jakiego w dodatku, bo Newcastle Brown Ale. Piwosze, w co trudno uwierzyć, nie uznali tego za profanację. Wręcz przeciwnie, lizali piwo masowo, przysparzając firmie krociowych zysków.

Będąc przy Brytyjczykach, nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym pomyśle rodem z Wysp, który choć pieniędzy nie przynosi, zrobił furorę także w innych rejonach świata. Jego autorem jest londyńczyk z Elephant & Castle, Richard Raynolds, który w październiku 2004 postanowił na dziko posadzić kilka kwiatów... na publicznych klombach w swojej okolicy. Jak pomyślał, tak zrobił, a wyczyn swój opisał w blogu, który specjalnie w tym celu powołał do życia. Szybko okazało się, że nie on jeden łączy w sobie skłonności konspiracyjne z zamiłowaniem do ogrodnictwa. Tak powstał ogólnoświatowy ruch „guerilla gardening”, którego członkowie trudnią się ogrodniczą partyzantką. Łączą się w niewielkie zakonspirowane grupy i wychodzą nocami, aby siać i obsadzać roślinami publiczne przestrzenie. Szczególnie cieszy ich upiększanie w ten sposób wysepek drogowych, rond i klombów miejskich, choć generalnie zasada jest taka, że im więcej wokół betonu, tym większy sukces, gdy uda się wsadzić obok niego jakąś roślinę. W ślady Reynoldsa poszły już setki tysięcy ludzi, od Australii przez Europę, Azję i obie Ameryki. On sam zaś niespodziewanie stał się gwiazdą mediów. Swoją okładkę poświęcił mu np. „New York Times”, obwołując go „współczesnym guru ogrodnictwa”. Zaskakujące i kompletnie niezrozumiałe nawet dla socjologów pozostaje to, że znalazł on aż tylu naśladowców.

Jeśli przyjrzeć się po kolei wszystkim tym pozornym szaleństwom, które jednak przyniosły sukces ich twórcom, rakietowy pomysł Szymona Balcewicza nie wydaje się wcale taki nierealny. Wypali czy nie, najważniejsze jest przecież, żeby dobrze się bawić, realizując własny pomysł. Bez tego nawet największy sukces, nie smakowałby tak, jak powinien.     

Dominik Waszek



Kosmiczne pomysły Richarda Bransona

Jednym z Brytyjczyków słynących z niekonwencjonalnych pomysłów na biznes jest bez wątpienia Sir Richard Charles Nicholas Branson. Blisko 60-letni dziś przedsiębiorca i milioner został 18 razy wyrzucony ze szkoły, zanim rozpoczął swoje, usiane potem sukcesami, dorosłe życie.
Jego pierwszym krokiem na biznesowym polu było założenie w 1967 roku gazety „Student”, która dzięki muzycznym newsom o popularnych już wtedy Beatlesach i Rolling Stonesach, szybko zyskała popularność wśród młodych ludzi.

Mając 20 lat Branson postanowił jednak naprawdę stracić dziewictwo w biznesie, otwierając wspólnie z kolegami sklep płytowy. Stąd też wzięła się jego nazwa „Virgin”, która potem stała się jedną z najbardziej rozpoznawanych marek na świecie. Branson postawił na sprzedaż wysyłkową, co pozwalało mu obniżyć ceny o kilkanaście procent w stosunku do konkurentów. W niedługim czasie biznes rozwinął się na tyle, że Branson otworzył własny sklep na Oxford Street w Londynie. Z niego, na początku lat 70. urodziła się wytwórnia płytowa Virgin Records. Trzy lata później, gdy wielkie firmy fonograficzne odmówiły Mike’owi Oldfieldowi wydania płyty, Branson zaoferował mu pomoc. Album „Tabular Bells” sprzedał się w nakładzie 5 mln egzemplarzy, a Virgin zarobiła na nim ponad milion funtów. Kolejne 4 lata później miała miejsce podobna sytuacja. Żaden z koncernów nie chciał nawet słyszeć o grupie Sex Pistols, ale Bransonowi spodobał się pomysł wydania ich płyty, którą kupiło kolejne 5 mln ludzi. Od tego czasu Virgin zrzesza gwiazdy światowej muzyki niezależnie od typu i charakteru ich twórczości. W 1992 roku Branson sprzedał swą wytwórnię za ok. miliard dolarów.

Nie znaczy to jednak, że zerwał z biznesem. Częścią jego imperium wciąż są linie lotnicze Virgin Airlines oraz Virgin Ravel, firma oferująca luksusowe wczasy dla najbogatszych. Branson ma też prywatną wyspę na Karaibach. Kupił ją za 180 tysięcy dolarów, a wynajmuje wczasowiczom za 22 tys. dolarów… tygodniowo.

Branson słynie z odważnych i niekiedy szalonych zachowań. Aby przekonać indyjski rząd do wpuszczenia na swój rynek Virgin Airlines, na rozmowy do budynku parlamentu przyjechał na białym słoniu. W 1986 na łodzi Virgin Atlantic Challenger II Branson przemierzył Ocean Atlantycki w rekordowym wówczas czasie. Rok później znów postanowił przemierzyć Atlantyk, ale tym razem balonem. Była to pierwsza udana tego typu próba. W 1991 przebył balonem największy dystans w historii – 6700 mil, przecinając Pacyfik z Japonii do arktycznej Kanady. W następnej przygodzie z balonem omal nie zginął, a jego partner faktycznie walczył o życie, kiedy balon runął do lodowatego morza u wybrzeży Irlandii.
Spektakularną porażkę odniósł Branson tylko raz, gdy ubiegał się o koncesję na prowadzenie brytyjskiej loterii narodowej. Rząd odmówił mu, mimo że milioner aktywnie wspiera brytyjską Partię Pracy.

Jedynym, jak dotąd, niezrealizowanym marzeniem Bransona jest Virgin Galactic, czyli firma oferująca turystyczne loty kosmiczne. Jak wykazały badania, na taką podróż ochotę i pieniądze miałoby blisko 14 tys. osób. Koszt lotu to ok. 200 tys. dolarów. W promocyjnej loterii, której partnerem było Volvo, jedna osoba z USA wygrała lot w kosmos za darmo.