FELIETONY 281
Dąb, diler i studnia
Nie ma co ukrywać – wszyscy zaspaliśmy paskudnie i teraz nie ma innego wyjścia, niż dalej robić to, co robimy. A tymczasem inni… No właśnie, inni jadą sobie do Brukseli jako posłowie i będą przez lata w pocie czoła radzić. I zastanawiać się za te marne grosze, co zrobić, żeby było nam lepiej.
Jednym z beneficjentów nowego porządku jest facet z Zachodniopomorskiego. Cezary Atamańczuk się nazywa. Zapamiętajcie to nazwisko, bo to właśnie on będzie stanowił teraz prawo w Polsce. Do Brukseli się nie załapał, ale wyszło, że ma wejść na zwolnione właśnie miejsce w ławach Sejmu. Sięgnijmy do prasy z 15 listopada 2008: „Zatrzymani działacze PO to przewodniczący sejmiku województwa zachodniopomorskiego Michał Łuczak i starosta policki Cezary Atamańczuk. Znaleziono przy nich amfetaminę, tabletki i susz roślinny, prawdopodobnie marihuanę. (…) Atamańczuk, oprócz posiadania, dostał zarzut prowadzenia samochodu pod wpływem środków odurzających oraz próbę przekupienia policjantów. Działacze PO chcieli, by mundurowi puścili ich wolno.”
Czy coś z tego wynika? Owszem – zasadnicze rzeczy. Oto dziś poseł Atamańczuk się na Wiejskiej przyda, bo z immunitetem to już nikt mu nie fiknie. – Masz coś…?! – mrugnie ten, co się nie zaciąga albo jakaś nawet ostatnia łajza sejmowa, a on odmrugnie. – Wszystko brachu mam, chodź do kibla… I postawią przed drzwiami straż marszałkowską. - A co?! Immunitecik! Idea dostarczania haszu, fety, kwasu albo trawy wprost do Sejmu z immunitetem dilera pretenduje do mistrzostwa świata w tych zawodach. Oto nastał król dilerów: kwity takie, że gliniarzowi zawsze niedbale powie: „odwal się, ćwoku”, albo i coś innego. A zechce, to i go pogoni. I nie dość, że będzie w branży, to jeszcze państwo mu będzie ekstra płaciło. Kolumbia się chowa i Afganistan. Wyjdzie na to, że parlament zafundował sobie prywatnego dilera, a nam, szarakom, bucha zrobić nie pozwala.
Żeby jednak było sprawiedliwie, to trzeba przy okazji wspomnieć o opozycji. Jest to bardzo konkretna i ostra jak siekiera drwala opozycja. Maria Kurowska z PiS, burmistrz Jasła już ostrzy piłę, by ściąć rosnący w centrum miasta dąb zasadzony 67 lat temu. Dębczakiem podówczas uhonorowano urodziny Adolfa Hitlera. Drzewo sobie rosło, przetrwało Niemca, sowieta, cały PRL, 20 lat tzw. niepodległości i teraz – ciach!
Na dodatek pani burmistrz postanowiła ścięte drzewo publicznie spalić ku pokrzepieniu serc mieszkańców Jasła i całej ojczyzny. Targają mną liczne wątpliwości w tej kwestii, bo akt rytualnego całopalenia wpisuje się w szereg skojarzeń. Oto na przykład 10 maja 1933 roku Niemcy w takim Wrocławiu (Breslau) palili książki. We Wrocławiu wydarzenie to określane przez prasę lokalną jako „wielka akcja czyszczenia” i „wytrzebienie nie-niemieckiego ducha” rozpoczęło się uroczystą ceremonią w gmachu uniwersytetu. Pochód studentów i pracowników uczelni przemaszerował na Plac Zamkowy (dzisiaj Plac Wolności), gdzie studenci „zrzucili 85 centnarów zakazanej literatury”. Przy udziale tysiąca mieszkańców miasta rozpalono stos książek. Na następny dzień lokalna prasa pisała o „symbolicznym odrzuceniu wszystkiego, co inne i obcego pochodzenia” oraz o „niszczeniu dzieł, które zatruwają duszę niemieckiego narodu”.
Ja tam nawet jestem w stanie zrozumieć spalenie przez jakichś fanatyków książek, bo niosły – w ich pojęciu – treści nieprzystające do ich punktu widzenia. Ale ścinać dąb i go spalić za karę?! Za to tylko, jakie ludzie mają o nim wyobrażenie? - Grzech wielki drzewo bez potrzeby ściąć albo je okaleczyć! – napominał syna Ziutka Kaziuk z „Konopielki”. Spalić ku uciesze gawiedzi? Jakoś to palenie niebezpiecznie mi koresponduje z Breslau.
Miałem okazję dwukrotnie uczestniczyć w „ogniach radości” czyli bonfire w Belfaście. W wigilię 12 lipca cały protestancki Belfast wspomina tymi ogniskami zwycięstwo nad rzeką Boyne w roku 1690, a następnego ranka rusza przez miasto marsz Oranżystów. Klimat nocy i samego marszu jest niezapomniany, szczególnie jeśli jest się katolikiem. Taka sama to płomienna radość, jak przy paleniu książek czy topienie niby to niewinnej Marzanny. Że ogień oczyszcza? Wątpię, naprawdę wątpię.
Oczywiście sprawa dębu rozpaliła opinię publiczną w Jaśle. – Czy na dębie rosną swastyki?! – pyta sensownie na miejskim forum mieszkanka, a mnie się od razu dodatkowo przypominają emitowane czasami w polskiej telewizji obrazy przedstawiające jakichś policjantów wyrywających z korzeniami przydomową uprawę konopi. A potem widok tego ogniska, gdzie się to wszystko na kupie pali zgodnie z procedurą. Toż to jakieś horrendum - ludzie sobie wymyślili, że jakaś roślina jest nielegalna! Pan Bóg stworzył, a oni, że nielegalnie stworzył i że oni wiedzą lepiej! I się pastwią...
Jakiś czas temu pojechałem do Stanisławowa odwiedzić „majątek” mojego dziadka ze strony mamy - Michała Mikulskiego. No i pałętałem się po tej podstanisławowskiej wiosce szukając konkretnych zabudowań, studni, orzecha na środku i tak dalej. Wszystko znane z opowieści mamy.
W końcu dopadłem jakąś babinę Ukrainkę, która pamiętała tamte czasy i trzech braci Mikulskich, a nawet moją – podówczas mocno małoletnią – mamę.
– Gdzie orzech? – pytam?
– Ścięli bolszewicy!
– Gdzie dom?
– Zburzyli, zrównali ze szczętem.
– No, a studnia?!
– Zasypali!
– Ale dlaczego studnię zasypali?
– Bo była burżuazyjna!
Jacek Rujna