15.03.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
FELIETONY 282

Pudrowanie parlamentu

Pudrowanie parlamentu Gdy okazało się, że wielu (choć nadal znacząca mniejszość) posłów parlamentu brytyjskiego wykorzystywało system „zwrotu kosztów”, by poprawić sobie warunki bytowe, podniosły się głosy wzywające do reformy parlamentu. I zrobiono pierwszy krok w tym kierunku: wybrano nowego speakera Izby Gmin.

Został nim John Bercow, człowiek niepopularny w Partii Konserwatywnej, której jest członkiem. Jeden z tych, którzy musieli oddawać do kiesy parlamentarnej niesłusznie wydębione stamtąd pieniądze. Czy to dowód całkowitego cynizmu ze strony parlamentarzystów? Chyba tak, skoro oficjalnym kandydatem Partii Pracy była Margaret Beckett, którą zaledwie kilka tygodni wcześniej wygwizdano podczas parlamentarnej sesji. Jej nazwisko było jednym z pierwszych na „czarnej liście” – wyciągnęła kilkaset funtów na koszyczki z kwiatami zdobiące jej poselską siedzibę. Czyżby wystawiając taką osobę jako godną pełnienia tej jednej z najwyższych funkcji w kraju laburzyści liczyli na krótką pamięć zarówno parlamentarzystów, jak i wyborców, czy też doszło do tego, że powodem do wstydu nie jest niechlubny uczynek, ale fakt, że zostało się przyłapanym?

Kosmetyka nic nie zmieni

Zapowiedziano, że przede wszystkim zostaną zaostrzone zasady, na jakich posłowie będą mogli starać się o zwrot kosztów, a wszystkie wydatki będą ujawniane w internecie. Ponadto postanowiono znieść pewne stare regulacje dotyczące przebiegu obrad, np. ma zostać zniesiona zasada, że posłowie zwracają się do speakera prowadzącego obrady, a nie do siebie bezpośrednio, a o innych parlamentarzystach nie będą musieli mówić: „My Right Honourable Friend”. Jeśli do tego mają ograniczyć się zmiany, to jest to czysta kosmetyka.

W ostatnich latach reformą objęta została Izba Lordów. W 1999 r. prawo do zasiadania w izbie wyższej straciło ponad ośmiuset dziedzicznych parów, a zachowano zaledwie stu z nich. Tym samym liczebność Izby Lordów zmniejszona została o blisko tysiąc osób i zmieniła się proporcja między poszczególnymi partiami. Jednak do tej pory nie określono, w jaki sposób będzie ta Izba wybierana. Reforma utknęła w pół kroku.

Obserwując obrady Izby Gmin odnosi się wrażenie, że czas zatrzymał się tam w miejscu. Najczęściej nie toczy się żadna debata, ale ciskanie wzajemne pocisków między partią rządzącą a opozycją. Funkcja marszałka prowadzącego obrady jest sprowadzona do arbitra, który baczy na to, by zadający ciosy nie wyrządzili sobie krzywdy. Od czasu do czasu przywołuje nieznośnych urwisów do porządku, krzycząc: „Order! Order!”, a gdy to nie pomaga, posuwa się do wyrzucenia wszystkich za drzwi. Takie widowiska zdarzają się jednak rzadko. Najczęściej sala świeci pustkami. Podobnie jest z lożą prasową, na którą kiedyś nie sposób było się dostać.

Do pewnego stopnia to wynik wprowadzenia telewizji. Nie trzeba jechać do parlamentu, by dowiedzieć się, jak przebiegały obrady. Wystarczy włączyć odpowiedni kanał. Najwyraźniej władza wyniosła się z Westminsteru. Jej główną siedzibą jest obecnie Downing Street.

Dobry sposób na zarobek

Nie oszukujmy się: posłowie nie rządzą. Ich zadanie zdefiniował w 1855 r. William Gladstone: „Nie macie rządzić państwem, ale jeśli uznacie to za stosowne, przywołać do porządku tych, którzy to robią”. Tej funkcji Izba Gmin już od dawna nie pełni. Rola posłów została sprowadzona do tego, by podnosili rękę zgodnie ze wskazówkami swojej partii, a raczej jej ścisłego, zamkniętego kierownictwa. Od czasu do czasu zdarza się, że rząd ponosi porażkę, ale rewolty posłów zasiadających w dalszych ławach zdarzają się rzadko. I jeśli do niej dochodzi, to jest to wielkie wydarzenie. Najczęściej rząd otrzymuje to, czego chce, przy głosach sprzeciwu opozycji, która za swe główne zadanie uważa przeciwstawiać się rządowi. Nie jest to spór ideologiczny, gdyż w wielu zasadniczych kwestiach partie przestały się wyraźnie różnić. Laburzyści nie domagają się upaństwowienia przemysłu, a konserwatyści nie sprzeciwiają się regulacjom sektora finansowego.

Robienie kariery politycznej nie powinno być tożsame z przekonaniem, że jest to dobry sposób, by się dorobić. Parlament na nowo powinien stać się forum debat, a nie polem bitewnym, gdzie liczy się przede wszystkim celność strzału. Nie powinien być też sprowadzony do roli maszynki do głosowania. Jeśli dla posłów celem zabiegów jest zdobycie ministerialnej teki, to nie będą mieli odwagi, by się zbytnio wychylać.

Populizm i manipulacja

Brytyjski historyk Lewis Namier pisał o parlamentarzystach: „Siedząc w Izbie Gmin tyle samo myślą o ludzkości, co dzieci o torcie urodzinowym, który ma zjeść ktoś inny”. Słowa te odnosiły się do parlamentarzystów z XVIII wieku, ale diagnozę Namiera, że większość chętnych do uzyskania mandatu kieruje się partykularnymi interesami, trudno uznać za fałszywą. I w przeciwdziałaniu tej tendencji nie pomoże spisywanie poselskich dziedzin zainteresowań.

Aby parlamentarzyści odzyskali autorytet, powinni przede wszystkim zmienić nastawienie do polityki ci, którym mają oni patrzeć na ręce, czyli członkowie rządzącego gabinetu. Dawniej ministrowie czuli się odpowiedzialni za resort, na czele którego stoją. Gdy pierwszy powojenny rząd laburzystowski wprowadził NHS, to ta zasadnicza reforma związana została na stałe z nazwiskiem ówczesnego ministra zdrowia Nye’a Bevena, a nie premiera Clema Attlee. Obecnie liczy się głównie premier, który przede wszystkim dba o swój wizerunek. Ministrowie zmieniają teki i nie do końca wiadomo, w jakim stopniu odpowiadają za politykę podległego im resortu.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to „manipulacyjny populizm”, jak mówią politolodzy. Liczy się wynik, którym są kolejne wygrane wybory. To zjawisko występuje nie tylko w Wielkiej Brytanii. Cóż, tabloidyzacja polityki stała się zjawiskiem globalnym.

Katarzyna Bzowska