17.03.2010  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!
HISTORIA 282

Walec racji stanu Imperium

Walec racji stanu Imperium Film „Generał” wprawia w krańcowe zdumienie. Przedstawia „historię” zabójstwa Sikorskiego, zleceniodawcą całej akcji jest gubernator Gibraltaru, wykonawcami Polacy, strzelanina, takie rzeczy. Koszmarna bzdura. Nigdy nie miałem wątpliwości, że generał zginął w wypadku – w rocznicę katastrofy gibraltarskiej rozmawiamy z Tadeuszem Szumowskim, dyplomatą i świadkiem ekshumacji zwłok gen. Władysława Sikorskiego.

4 lipca wspominamy tragiczną śmierć gen. Władysława Sikorskiego – zginął na Gibraltarze w wypadku samolotu w 1943 roku. Jednak to nie jedyna okazja do rozmowy z Tadeuszem Szumowskim, ambasadorem RP w Dublinie, byłym zastępcą ambasadora RP w Londynie i historykiem. Obchodzimy również 70-lecie podpisania sojuszu polsko-brytyjskiego w 1939 roku, który dla Polaków oznacza „zdradę Zachodu” i pozostawienie Rzeczpospolitej na pastwę Hitlera, a dla Brytyjczyków...

- Uporządkujmy terminy. Co oznacza dla pana „sojusz”? O 70-leciu sojuszu polsko-brytyjskiego bowiem wygłosił pan odczyt w dublińskim POSK-u.
To zobowiązanie dwóch państw, dwóch stron do współdziałania w wypadku określonych wydarzeń, sytuacji, udzielenie sobie wzajemnej pomocy w wypadku wybuchu wojny. Miał być gwarantem, że w wypadku napaści Niemiec na Wielką Brytanię czy na Polskę oraz w kilku innych ściśle określonych wypadkach, oba te państwa będą ze sobą współdziałać, pomagać sobie. Było w miarę ściśle określone, w jakiej formie.

- Winston Churchill powiedział: „Jeden jest przewodnik, który pomaga narodowi dotrzymywać słowa i wypełniać zobowiązania wobec sprzymierzeńców. Tym przewodnikiem jest honor”.

To są wielkie słowa… Nie pierwsze i nie ostatnie. Pamiętajmy też, że minister J. Beck używał równie wielkich słów, a jego słynna mowa z maja 1939 kończyła się tak: „Wartością największą, która nie ma ceny, jest honor”. To rzeczywiście bardzo dobrze brzmi, ale w praktyce dnia codziennego i dnia wojennego kwestia honoru jest poddawana różnym przewartościowaniom.

- Nie sądzi pan, że w optyce brytyjskiej w dniach wojny były narody, które bardziej zasługiwały na brytyjski honor, i takie, które zasługiwały mniej?

W stosunkach międzynarodowych liczy się przede wszystkim racja stanu. Może być ona inaczej wartościowana z różnych pozycji. To, co dla nas było racją stanu (utrzymanie niepodległości, integralności terytorialnej i bytu państwa), nie było racją stanu Brytyjczyków. Nawet za cenę złamania sojuszów.

- Po co więc traktaty?

Traktat polsko-brytyjski podpisany ostatecznie w sierpniu 1939 roku miał inny cel dla obu stron. Brytyjczycy wychodzili z założenia, że jeżeli Hitler będzie postawiony przed wizją wojny na dwa fronty, to on na tę wojnę nie pójdzie. W ich optyce traktat miał mieć charakter odstraszający. Brytyjczycy (i Francuzi) myśleli, że nadchodzący konflikt będzie toczony według schematów I wojny, a więc głównie jako wojna pozycyjna. Stąd linia Maginota.

- Cała Europa, prócz Hitlera i pewnie Stalina, też tak myślała. Zostańmy jednak przy sojuszach i honorze i przywołajmy sir Edmunda Ironside, szefa sztabu generalnego Wielkiej Brytanii, który stwierdził z całą mocą, że w wypadku niemieckiej inwazji na Polskę Królewskie Siły Powietrzne bezzwłocznie zaatakują Niemcy. Gdyby w Polsce zbombardowano inne cele niż militarne – dodał Ironside – brytyjskie bombowce zwrócą się przeciw niemieckim celom cywilnym.
Z naszego punktu widzenia Anglia nie wywiązała się z tego zobowiązania. To prawda. Ale jeszcze przed wybuchem wojny Anglicy i Francuzi doszli do porozumienia między sobą, że „los Polski nie zależy od pierwszego etapu wojny, ale od jej etapu ostatniego”. Myślenie w Paryżu i Londynie było takie, że przede wszystkim wojny ma nie być.

- Co zatem mogą powiedzieć Polakom, którzy 3 września 1939 roku pod ambasadami Francji i Anglii urządzali demonstracje radości, a ambasadorowie tych krajów brodzili po kolana w kwiatach?
Przywołajmy film „Westerplatte”. Polacy przez lornetkę dostrzegają statki na morzu. – To z pewnością Anglicy… – mówią. Dla Polaków brak pomocy ze strony sojuszników był szokiem. Nie na darmo w okupowanej Warszawie po klęsce wrześniowej Niemcy rozklejali plakaty przedstawiające zniszczoną stolicę z podpisem „Anglio, to twoje dzieło”. To miało wywołać awersję wobec sojuszników, którzy nie przyszli z pomocą.

- 17 września do Polski wchodzą Sowieci i zajmują jej wschodnią część. Polska tym samym jest zamordowana. Anglicy i Francuzi milczą. Nie ma żadnej oficjalnej noty protestacyjnej z ich strony. Ani słowa oficjalnego potępienia. Zdezorientowani Polacy nie wiedzą o co chodzi. A przecież Stalin był wtedy sojusznikiem i sprzymierzeńcem Hitlera!
Pamiętajmy, że sojusz z Anglią i Francją nie dotyczył ataku ze wschodu. Poza tym Wódz Naczelny Rydz Śmigły nakazywał wojskom polskim unikanie, o ile to możliwe, walki z Rosjanami. Bo wtedy na dobrą sprawę nie wiadomo było, o co chodziło Stalinowi. To teraz, po upływie lat wiemy o pakcie Ribbentrop – Mołotow. Ale wtedy?! Sam Churchill mówił w listopadzie 1939 roku w Izbie Gmin, że intencje rosyjskie są mało znane i być może Stalinowi chodzi o to, by skrócić front z Niemcami. Tym samym Rosjanie zbliżyliby się do Niemiec i nadchodzący konflikt radziecko-niemiecki był dla Churchilla oczywistością.

- Po raz kolejny zatem los Polaków stał się dla sojuszników interesem drugoplanowym?

Niewątpliwie. Dla Imperium Brytyjskiego racją stanu była racja stanu tego właśnie imperium. Zupełnie odmienna od polskiej racji stanu.

- Lord Salisbury na polskie głosy o wypełnienie postanowień sojuszu miał wtedy powiedzieć: „Brytania nie zabiega o sojusze, ona na nie się godzi”. Tak podsumował sprawę.
To takie imperialne, angielskie. Wróćmy wszakże na moment do 1939 roku, kiedy to strony polska i brytyjska ustalały szczegóły sojuszu. Zapoznałem się z dokumentami zarówno naszymi, jak angielskimi i zapewniam, że z tych studiów wyłaniają się niemal dwa różne sojusze. Brytyjczycy dawali do zrozumienia, sugerowali, „generalnie byli za”, ale w ich ówczesnej postawie widać daleko idącą zachowawczość. Polacy natomiast przedstawiali sojusz niemalże hurraoptymistycznie i bezkrytycznie, z dużym bagażem intencjonalnej nadinterpretacji. Anglicy byli enigmatyczni – obietnica bez obietnicy. A my słyszeliśmy to, co byśmy chcieli usłyszeć!

- Rok 1940. Europa klęczy przed Hitlerem. Do Wielkiej Brytanii trafiają dziesiątki tysięcy polskich żołnierzy. Lenne Olson i Stanley Cloud w swojej książce „Sprawa honoru” wskazują na fakt, że już na początku podejmują protest przeciwno złożeniu przysięgi na wierność Koronie Brytyjskiej…
Na taką informację nie natrafiłem. W umowie polsko-brytyjskiej z roku 1939 i 1940 nie ma o tym słowa. Były zapisy, że wchodzą w skład brytyjskich jednostek i będą służyć pod dowództwem Brytyjczyków. To była olbrzymia struktura armii, która musiała mieć jednolite dowództwo. Nie mogło być tak, że niezależna, samorządna, niepodległa polska armia funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Polacy latali w armadzie brytyjskiej, realizowali założenia sztabu i dla Brytyjczyków byli wtedy na wagę złota.

- Przez czas wojny propaganda radziecka przedstawiała Polaków jako element destabilizujący aliancki układ. I Rosjanie dopięli swego. Józef Mackiewicz opisuje swój zawód, kiedy usłyszał w radiu Londyn: „Aż wreszcie przyszła z Londynu znamienna audycja, która ogłosiła uroczyście, że wszelka akcja i propaganda antysowiecka pochodzi wyłącznie od Niemców”. Wskazywał na cenzurę na Wyspach, na kneblowanie polskich gazet, na zamilczanie sprawy Katynia. Brytyjczycy grają ze Stalinem przeciwko Polsce.
Stalin chciał zerwać kontakty z Polską wcześniej, a sprawa inspekcji Czerwonego Krzyża w Katyniu była wygodnym dla niego pretekstem. Oczywiście, ani Roosevelt, ani Churchill nie mieli wątpliwości, kto był sprawcą mordu w Katyniu. Jednak śmierć 15 czy 20 tysięcy ludzi jest cząstką wojny, w której giną miliony i wojnę tę za wszelką cenę należy wygrać – zaznaczał Churchill. Możemy nad tym ubolewać, widzieć w tym perfidię, niesprawiedliwość i okrucieństwo wobec narodu polskiego, ale ówczesna brytyjska i amerykańska racja stanu kazała przejść nad tym do porządku dziennego. Pamiętam jak w roku 1976 w Londynie Polonia chciała odsłonić pomnik katyński. I zwrócono się do władz Londynu, a te odmawiały zgody. Że nie ma miejsca, że politycznie niepoprawne, że uderzenie w stosunki z Rosjanami. Równo protestowały ambasady PRL i sowiecka. W końcu pomnik stanął na polskim cmentarzu. Nie pozwolono nawet napisać na nim, kto był sprawcą tego mordu (napis brzmiał ‘Katyń 1940’), jedynie na szarfach przy wieńcach znajdowały się napisy wprost wskazujące morderców! Macki sowieckiej ambasady nie trafiały jedynie do kwiaciarni…

- Bardzo żywe były przeróżne teorie spiskowe dotyczące okoliczności śmierci generała Władysława Sikorskiego. Mówiono o uduszeniu, otruciu, zastrzeleniu… Co usprawiedliwia takie teorie?

No cóż. Startuje samolot, spada do morza po 16 sekundach, ratuje się czeski pilot. To wszystko. Sensaci podawali tysiące różnych spekulacji i to jest w sumie zrozumiałe, tym bardziej że po wypadku nie przeprowadzono sekcji zwłok. Ja jednak nigdy nie miałem wątpliwości, że generał zginął w wypadku. Oficjalna opinia wydana po przeprowadzeniu badań w 2008 roku brzmi: wyklucza się hipotezy o otruciu, zastrzeleniu czy uduszeniu. Śmierć spowodowana została obrażeniami wielonarządowymi, charakterystycznymi dla tego typu wypadku. Inna rzecz, że żadna ekshumacja i żadne badanie nie udzieli nam wyjaśnienia, dlaczego w ogóle samolot spadł. Niestety, czarnych skrzynek wtedy nie było. Zagadek jest sporo i niekiedy nie ma na nie odpowiedzi.
W 1993 roku byłem zastępcą ambasadora w Londynie i wtedy – zresztą na moją prośbę – zostałem oddelegowany do Newark, by jako oficjalny polski obserwator uczestniczyć w ekshumacji zwłok Sikorskiego. Ubiegłoroczna obecność w Krakowie wynikała już niejako z automatu – zostałem wezwany przez IPN i miałem m.in. potwierdzić, że trumna nie była otwierana, naruszona, że nie zamieniono ciała, bo i takie teorie były bardzo żywe – byłem więc jedynym świadkiem obu ekshumacji. Zresztą wyświetlany w polskich kinach film „Generał” wprawił mnie w krańcowe zdumienie. Przedstawia on „historię” zabójstwa Sikorskiego, w której zleceniodawcą całej akcji jest gubernator Gibraltaru, wykonawcami mają być Polacy, strzelanina, takie rzeczy. Koszmarna bzdura... Nie dziwię się, że nikt na ten film nie chodzi.

- Polska straciła na śmierci Sikorskiego. Był twardym graczem i wprawdzie zapewne nie zatrzymałby Stalina w zajęciu Kresów, ale z pewnością w paradzie zwycięstwa w Londynie w roku 1945 brałby udział jakikolwiek oddział polski. Nie było takiego. Polaków zwalniano z armii i wręcz wypychano do Polski. Generałowie, aby przeżyć, kelnerowali w restauracjach. Jan Zumbach musiał stać się psem wojny w Afryce…
To prawda, był to bardzo gorzki kawałek chleba, rozgoryczenie żołnierzy jest tu jak najbardziej zasadne.

- Cóż powiedzieć zatem o rozgoryczeniu powstańców w Warszawie w 1944 roku?

No cóż, po pierwsze strona brytyjska nigdzie nie deklarowała pomocy Powstaniu Warszawskiemu. Ale przyznać trzeba, że powstańcy mieli podstawy wierzyć, że otrzymają większą pomoc. To było już po lądowaniu aliantów we Francji, wojenna machina amerykańsko-brytyjska funkcjonowała już na kontynencie, Warszawa była w zasięgu bombowców.

- To wprawdzie bardzo często były loty samobójcze.
Polacy chcieli latać i latali, ale „reglamentowano” im samoloty i rzeczywiście nie było konsekwentnej woli dla realizacji tych zadań. Trzeba podkreślić zresztą, że Stalin zdecydowanie odmówił alianckich lądowań samolotów po wschodniej stronie Warszawy. A latali nie tylko Polacy! Będąc w Australii poznałem komandora lotnictwa Alana Mackintosha, australijskiego lotnika, który trzy razy był nad Warszawą w sierpniu 1944 roku. Ze stu maszyn do miejsca zrzutu dolatywało 20, a do bazy wracało 10. I oni nie bali się, że Niemcy ich zestrzelą, ale obawiali się polujących na nich myśliwców radzieckich! Szkoda zresztą, jeśli już mówimy o powinnościach, że nie zaproszono Alana Mackintosha na obchody 60-lecia Powstania. Biuro Organizacyjne przy prezydencie Warszawy doskonale wiedziało o tym wspaniałym człowieku, prawdziwym bohaterze (ja sam dopominałem się wielokrotnie o jego udział), ale nie zaproszono go. To dla mnie było absolutnie niezrozumiałe i niesamowicie przykre. Dwa lata później Alan Mackintosh zmarł.

- Lata powojenne to jałtański porządek i Polska w orbicie wpływów Moskwy. Anglia, cała zachodnia Europa zresztą staje się przedmiotem westchnień i symbolem wolności. Czy postawa ta żywa jest do dzisiaj?
Teraz, szczególnie dla młodszego pokolenia, perspektywa i konteksty się zmieniły i zachodnia Europa nie jest przedmiotem aż takiej fascynacji. To zrozumiałe. Ciekawe jest jednak, że dla polskiej strony jeszcze długo po wojnie Wielka Brytania wciąż pozostawała sojusznikiem.

- Co pan ma na myśli?
Otóż, o czym niewiele wiadomo, w roku 1949 ówczesny szef polskiego MSZ zwrócił się do swojego odpowiednika w Londynie z przypomnieniem, że sojusz polsko-brytyjski wciąż obowiązuje, a Niemcy znów zaczynają zbrojenia i należy ich w tym powstrzymać. I że Polska liczy na współdziałanie. Wychodził z założenia, że podpisany w 1939 układ pozostaje w mocy. Jedna z klauzul stanowiła, iż wygasa on, jeżeli jedna ze stron go wypowie na pół roku przed jego pięcioletnim terminem funkcjonowania. Nie uczyniono tego ani w 1944 roku ani później, tak więc z formalno-prawnego punktu widzenia układ był ważny także po wojnie! I rzecz ciągnęła się przez długie lata, aż do czasów ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, kiedy to Polska w roku 1990 podpisała układ z Niemcami. Tym samym sojusz wygasł, gdyż wygasł powód jego stworzenia… Przez cały czas PRL-u byliśmy w militarnym sojuszu z Anglią! Zresztą strona brytyjska tego nie podważała, bo de iure rzecz obowiązywała. Gdybyśmy w mrocznych latach Peerelu o tym wiedzieli…

Rozmawiał: Jacek Rujna