WYSPIARZE 2010 317
Emigracja zarobkowa, sytuacja dla mnie nowa
Dwóch facetów. Tak innych, a jednocześnie napędzanych podobnym paliwem, dysponujących porównywalną pasją poszukiwania nowych ścieżek, imperatywem schodzenia z utartych szlaków. Mający zapewne inne motywacje, ale będący konsekwentnymi w stwarzanym przez siebie uniwersum. Wyspiarze - Pan Witek z Atlantydy i Patyczak.
W środku lat osiemdziesiątych na jednym z budynków Wydziału Nauk Społecznych poznańskiego uniwerku ktoś wymalował sprayem dość konkretne wezwanie: „Strzelaj albo emigruj!”. Sens tego napisu był raczej żaden: paszporty odbierało się wówczas w milicyjnych „biurach paszportowych” i zanim stałeś się człowieku posiadaczem granatowej książeczki, to musiałeś się określić, dokąd i po co chcesz jechać. Pomysł wyjazdu „na Zachód” – ot, tak sobie – był uznawany przez władze za szkodliwą fanaberię. Od biedy mogłeś jechać do NRD, bratniej Czechosłowacji czy na Węgry. I tyle. No, chyba że byłeś Kapuścińskim. Albo zapisałeś się do zespołu tańca ludowego. Gdyby wtedy powiedzieć komuś, że zwykły dowód osobisty niebawem uprawni człowieka do przebycia La Manche – nikt by nie uwierzył, a człowiek zyskałby z pewnością łatkę mitomana.
Co do strzelania, to rzecz była jeszcze trudniejsza. Wprawdzie dałoby się wtedy wyselekcjonować listę konkretnych celów, ale jedyną dostępną bronią były wiatrówki na objazdowych strzelnicach stanowiących część tzw. wesołego miasteczka.
Pidżama i brudne dzieci Sida
Autorem „Strzelaj albo emigruj” był prawdopodobnie Patyczak. Jakoś nigdy go o to nie zapytałem, ale nie popełniam chyba nadużycia przypisując mu ten czyn. Patyczak już wtedy znany był dość szeroko w kręgach anarchistyczno-wegetariańsko-alternatywnych, już wtedy (Wikipedia podaje rok 1997, ale to wierutna bzdura) powołał do życia jednoosobową kapelę „Brudne Dzieci Sida”, która zresztą koncertuje do dzisiaj. Akademik Zbyszko przy ul. Obornickiej w Poznaniu w tamtych czasach stanowił dość osobliwe miejsce; tu właśnie w tamtym czasie Grabaż z Kozakiem wymyślili Pidżamę Porno, tu przeprowadzano niebanalne eksperymenty łącząc ze sobą w różnych proporcjach politykę, alkohol, seks, kontrkulturę i zwykłą ludzką głupotę. A wiem, co tu wypisuję, bo kilka latek też mi tam zleciało.
Jakoś na początku lat 90. pokolenie to z niejakim żalem opuściło siedmiopiętrowy matecznik i wzięło się z życiem za bary w starciu tym tracąc często własną bezkompromisowość, idąc na układ, zakładając rodziny i – co zrozumiałe – stabilizując się. Kolej rzeczy.
Minęło lat 15 czy 18 i Patyczaka spotkałem ni z tego, ni z owego na dublińskiej ulicy. Przelewały się obok nas tłumy Polaków, każdy szukał swojego miejsca w nowym miejscu, w najlepsze zawiązywały się nowe związki, a rozlatywały te stare, rodem z Polski. Okazało się, że u niego po staremu, że koncertuje niekiedy, że się nawet ożenił, a tu – na Wyspie – akurat para się sadzeniem drzew czy jakimś podobnym dendrologiczno-ekologicznym zajęciem. I zaprosił mnie na swój koncert.
Trzy akordy, darcie mordy
Ekshibicja artystyczna miała miejsce w nieczynnym już dzisiaj, ale kultowym podówczas pubie „Zagłoba” i przyznać trzeba, że klientela tego przybytku nie była nigdy zbyt życzliwa artystom, którzy w swej istocie nie byli oryginałami. Przekonał się o tym boleśnie m.in. Tadeusz Drozda, który miejsce to usiłował zawojować swoimi monologami, ale raz po raz natykał się na wezwania: „Lepiej powiedz jakiś kawał, człowieku!”
Patyczaka oczywiście rzecz nie zrażała, bo bywalec Jarocina i Woodstocku, artysta squattów i ulic wiedział, że warunkiem powodzenia w punkrocku jest zarówno autentyczność własna, jak i autentyczność publiczności. Ubrany w pochlapane wapnem spodnie, robocze sejfszusy, seledynową kamizelę i dysponujący gitarą na krowim łańcuchu Patyczak wygenerował z siebie set pt. „Emigracja zarobkowa, sytuacja dla mnie nowa”. Uczciwie przyznać trzeba, że pełne ekspresji wystąpienie nie spotkało się z aplauzem pochylonych nad swoimi browarami, bigosami i golonkami klientów. Z widoczną ulgą powitali zakończenie bezkompromisowego wystąpienia w konwencji „trzy akordy – darcie mordy”. Patyczak sam się zresztą też tym zbytnio nie przejął i wrócił do sadzenia swoich drzew. Dziś być może jest w Londynie, być może w Edynburgu, a być może – znowu w Poznaniu.
Speedy Gonzales pana Witka
Pan Witek z Atlantydy (również notowany w Wikipedii) pojawił się na ulicach stolicy Irlandii nieco później od Patyczaka. Legenda wielkich polskich festiwali, człowiek, któremu poświęcono kilka reportaży telewizyjnych, maskotka celebrytów... zajął miejsce na którejś z uliczek Temple Bar i tam wyśpiewywał w znanym tylko sobie języku songi „Spidi-gonzales”. O tym, by porzucił gitarę i zajął się w Irlandii czymś przynoszącym w miarę stały dochód, nie słyszałem, ale wielokrotnie widziałem go na ulicy, widziałem prącego pod wiatr w irlandzkim deszczu, widziałem jego życzliwy uśmiech i nadzwyczajną łagodność. Nie wiem gdzie, z kim i jak przemieszkiwał. Wiem, że ludzie lubili pogrzać sobie dłonie przy ogniu z Pana Witka bijącym, zrobić sobie z nim fotkę, dać mu do kapelusza kilka euro i pójść swoją drogą. Pan Witek podbijał jeszcze Cork, Limerick, a kto wie czy nie Belfast. Ostatni raz widziałem go jesienią ubiegłego roku i nadejść miała sroga – jak na wyspiarskie warunki – zima. Jak i gdzie ją przetrwał? Mam nadzieję, że cieszy się zdrowiem, że gdzieś raduje ludzi swoją bezkonfliktowością, że znowu jest na wiosennym szlaku.
Zarówno Patyczak, jak i Pan Witek są stuprocentowymi wyspiarzami. Są jeszcze bardziej wyspiarscy niż cały polski Londyn i Dublin razem wzięci. Wymykają się łatwym ocenom, pozostali wierni pasjom i przede wszystkim tysiące emigrantów widzą, że oni są inni. Że żyją od lat na samotnej wyspie, na którą nie dość, że trudno dobić, to przede wszystkim chce się tego nielicznym. Szacunek.
Jacek Rujna