TEMAT NUMERU 229
„Mateczki”
Nie były konspiratorkami, łączniczkami ani nawet sanitariuszkami. Od linii frontu trzymały się z daleka. Jednak – jak pokazują zapiski żołnierzy – w czasie II wojny światowej odegrały bardzo ważną rolę. To właśnie dzięki ich listom polskim wojakom udało się przeżyć najcięższe chwile.
Choć były bardzo młode, mówiono o nich „mateczki” albo „matki chrzestne”. I mimo że podręczniki historii o nich nie wspominają, pasjonaci i badacze historii potwierdzają ich istnienie. W czasie II wojny światowej setki zwykłych dziewcząt odegrały bowiem niebagatelną rolę, pisząc do polskich żołnierzy listy. Dodawały im w nich otuchy, nadziei i wiary. Dzieliły się z walczącymi codziennymi informacjami. Jak się jednak okazuje, kilka kartek papieru pokrytych drukiem dla wielu wojaków miało zbawienne znaczenie. I choć zwykle tego typu relacje utrzymywane były przez Polaków z Brytyjkami, także mieszkające w Wielkiej Brytanii Polki wspierały służących na Wyspach polskich lotników.
Potwierdzają to między innymi pamiętniki Bolesława Uszpolewicza – urodzonego na Litwie polskiego pilota, który kilkanaście dni przed wybuchem wojny przerwał naukę w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Po ataku Niemiec na Polskę został ewakuowany razem z innymi podchorążymi do Rumunii, skąd na początku 1940 r. przedostał się do Francji, a później do Anglii, gdzie doskonalił się w sztuce pilotażu. W październiku 1941 r. otrzymał promocję oficerską na stopień podporucznika i wkrótce rozpoczął służbę w 300. Dywizjonie Bombowym „Ziemi Mazowieckiej”.
Namiastka rodziny
Choć Brytyjczycy długo nie mogli się przekonać do Polskich Sił Powietrznych, Anglia pilnie potrzebowała lotników. W końcu po długich rozmowach stworzono polski dywizjon – Dywizjon 303, który przetarł drogę innym, m.in. dywizjonowi 300 Ziemi Mazowieckiej i poznańskiemu 302. Od samego początku polscy lotnicy odznaczali się ogromną skutecznością, bohaterstwem i odwagą. Walczyli o Wielką Brytanię z takim oddaniem, jakby chodziło o ich własny kraj. Kiedy prasa nagłośniła wyczyny Polaków, stali się oni bożyszczami całej Anglii. Nienaganne maniery, przyjazne usposobienie i uczuciowość stały się wizytówką Polaków, co przyciągało szczególnie Angielki. Wśród dam z wyższych sfer modne stało się też „adoptowanie”, czyli branie pod swoją opiekę, polskich dywizjonów lotniczych. Jednak nie tylko zamożne damy brały pod swoje skrzydła dzielnych Polaków. „Matkowały” im także zwykłe Polki mieszkające na Wyspach.
„Mam »matkę chrzestną«, pannę Alinę M. Przez Jasia »Ćwirgla« siostrę zostałem z nią skontaktowany. Pierwsze wrażenie po jej pierwszym liście było takie, że chciałem pisać do niej nie »Kochana Mateczko«, lecz »drogie dziecko«. Takie pismo niewyrobione, zdania takie proste i bez fanaberii, że zostałem zaskoczony i nieco zawiedziony. Potem dopiero Jaś mnie pocieszył, że jest to bardzo miła i rozumna ichmościanka, i że siostrze on dał o mnie bardzo brzemienne w powagę referencje i że prosił o solidną »partnerkę«” – notował w sierpniu 1940 r., w swoich pamiętnikach Bolesław Uszpolewicz.
Nie tylko on miał „mateczkę”
– Rozmawiając z weteranami czy czytając ich wspomnienia, niemalże zawsze spotyka się relacje o tak zwanych „adopcjach”, którymi nasi lotnicy i nie tylko – bo m.in. żołnierze 1. Korpusu Polskiego w Szkocji też – nazywali zawiązanie przyjaźni z brytyjskimi rodzinami – tłumaczy Wojciech Zmyślony, pasjonat historii, autor strony www.polishairforce.pl, poświęconej Polskim Siłom Powietrznym w czasie II wojny światowej. – Było to symboliczne oddanie się pod opiekę obcych rodzin, które na obczyźnie miały stanowić namiastkę rodzin lotników, które zostały w kraju. Zwykle zaczynało się od zaproszeń na herbatę, na obiad czy kolację od rodziców poznanej na przykład na dancingu, na lodowisku czy przy innej okazji panny – dodaje.
Terapia w formie listu
I rzeczywiście. Najlepszym potwierdzeniem słów Wojciecha Zmyślonego jest pamiętnik Uszpolewicza. On także został zaproszony do rodziny swojej „mateczki”. Co jednak ciekawe, nie angielskiej, ale polskiej.
„W poniedziałek wieczorem o 10.32 wyjechałem z Kirkham do... Dusi. Przyjechałem przed ósmą, a mgła sennie opadała. Ponieważ na wizytę było za wcześnie, więc poszedłem do domu, gdzie można otrzymać »bed&breakfast«. Umysłem się w ciepłej wodzie, zjadłem śniadanie i poszedłem obejrzeć Morfa. (...) Koło jedenastej ruszyłem w stronę willi »at Bamkdale«, gdzie mieszka Dusia. Widzę idzie sobie jakaś panna (...) gorąco buchnęło mi na gębę, bom skapował, że to ona. Oczywiście moja Mateczka. Więc zgodnie, trochę sztywnym krokiem ruszyliśmy w stronę jej domu” – pisał polski lotnik. „(...) Bez krępacji mówiliśmy z Dusią o sobie i naszej korespondencji. Potem przyszli jej Tatusie. Bardzo mili ludzie, tylko że nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pani pułkownikowa raczej z rezerwą była do mojej osoby. Może mnie tylko zdawało się, bo oboje z panem pułkownikiem okazywali mnie dużo serca. (...) Potem był obiad, potem poszliśmy na spacer za miasteczko, do parku na łódkę i w ogóle bardzo miło spędziliśmy parę godzin ze sobą. (...) Potem Mamusia Dusi sprawiła mi olbrzymią paczkę z owocami i czekoladami, które wbrew moim protestom gwałtownym musiałem wziąć” – wspominał Bolesław Uszpolewicz.
Krótkie odwiedziny w domu zaprzyjaźnionych rodzin były dla wielu polskich lotników stacjonujących w Wielkiej Brytanii odskocznią i swoistego rodzaju terapią, która pozwalała im przeżyć kolejne tygodnie.
– Można się domyślać, że znaczenie psychologiczne takich wizyt było duże – stwierdza Wojciech Zmyślony. – Polscy żołnierze wiedzieli, że jest ktoś, kto darzy ich sympatią, czeka na wieści od nich, cieszy się z ich sukcesów. Była to miła odmiana po okresie spędzonym przez większość lotników we Francji w latach 1939-1940, gdzie społeczeństwo było raczej Polakom niechętne – dodaje znawca tematu.
Za mundurem panny sznurem...
Instytucja „rodziny zastępczej” była szczególnie modna na początku lat 40. W Wielkiej Brytanii było wręcz w dobrym tonie mieć „swojego Polaka”. Zwłaszcza w początkowym okresie wojny brytyjskie społeczeństwo było szalenie wdzięczne sojusznikom. Legenda bitwy o Anglię sprawiła, że na Wyspach ceniono polskich lotników, traktowano ich z szacunkiem i ciekawością.
– Wśród zwykłych Anglików, Szkotów czy Walijczyków uchodzili oni za ludzi z egzotycznego kraju – mówi Wojciech Zmyślony.
Polacy masowo podbijali też niewieście serca swoim szarmanckim zachowaniem. Legendy mówią, że podobno jako jedyni ustępowali niewiastom miejsca w środkach transportu i całowali w rękę, co w Wielkiej Brytanii było nieznane. Dlatego też korespondencja młodych angielskich dam z polskimi żołnierzami była na Wyspach czymś tak popularnym. Sytuacja Bolesława Uszpolewicza, którego opiekunką i „mateczką” była córka polskiego oficera, należała raczej do rzadkości. Przede wszystkim dlatego, że w czasie II wojny światowej w Wielkiej Brytanii nie mieszkało zbyt wiele młodych Polek.
Listowna przyjaźń podporucznika Uszpolewicza z Dusią była więc w pewien sposób wyjątkowa. Wielu lotnikom, którzy nie do końca sprawnie posługiwali się językiem angielskim, niejednokrotnie trudno było wyrazić w listach do swoich „opiekunek – mateczek”, co tak naprawdę czują. Bolesław Uszpolewicz nie miał tego problemu.
„Czasem robię sobie wyrzuty, że piszę do niej za dużo i za... przyjaźnie. Ale tak odczuwam głód przyjaznego słowa i ciepła, że zapominam się bardzo często i rozpisuję się do niej jak wariat i zagalopowuję się” – relacjonował w swoim notatniku pilot.
Wiele z jego zapisków może świadczyć o tym, że korespondencja z młodą Polką wielokrotnie ratowała go przed depresją. Niestety, brak listów od „mateczki” również bywał przyczyną przygnębienia.
Panien chętnych do pisania listów do dzielnych polskich lotników jednak nie brakowało. W październiku do Bolesława Uszpolewicza listy zaczęła pisać kolejna „opiekunka – mateczka”.
„Zawarłem jeszcze jedną znajomość żeńską (!) listownie. Napisałem już jeden list z Montrose. Po litewsku (!!) do pani Wandy Lutykówny. (...) Ojciec jej p. kapitan marynarki przysłał mi list przed paru dniami w odpowiedzi na mój, w którym grzecznie usiłowałem mu przedstawić się. Podobno p. Wandzia już otrzymała mój list i cieszy się, że mój litewski jest w tak dobrej formie” – cieszył się Uszpolewicz.
Lotnicy, którzy otrzymywali kolejne przydziały, wyjeżdżali do innych miejsc, poznawali nowe rodziny. W Blackpool polskiemu lotnikowi udało się zaprzyjaźnić m.in. z rodziną Joy – młodej Angielki, która słała Bolesławowi książki, by dzięki nim mógł np. lepiej poznać język angielski.
„Joy przysłała mi w upominku na Święta Walpole’a »Jeremy and Hamlet«, którą przeczytałem z przyjemnością. Poezje Kiplinga – też od niej – przerażają mnie. A co tu mówić o Szekspirze, którego słownictwo jest takie olbrzymie? Katastrofa z tym językiem” – narzekał w swoim dzienniku polski żołnierz.
Pokochać „mateczkę”
Znajomość z „opiekunkami – mateczkami” pochodzącymi zarówno z brytyjskich, jak i polskich rodzin osiadłych w Wielkiej Brytanii wielokrotnie nie ograniczała się jedynie do zwykłych spotkań towarzyskich czy tylko korespondencji. Bywało, że „matkowanie” przeradzało się w uczucie i kończyło przed ołtarzem.
Niestety, nie w przypadku Bolesława Uszpolewicza, choć młody polski lotnik najprawdopodobniej podkochiwał się w swojej „opiekunce” Dusi.
„Wczoraj posłałem jej paczkę, w której były dwie racje smakołyków, które otrzymujemy za lot operacyjny i... pierścionek z białego metalu z małą polską szachownicą, osadzoną w ebonicie – robota polskiego mechanika. Zastrzegłem się, że to maskotka wojenna ode mnie dla niej, mojej Mateczki. Ale co będzie jak mi poda czarną polewkę?” – zastanawiał się.
I choć „matkowały” mu aż trzy kobiety, Dusia była mu zapewne najbliższa. Świadczyć mogą o tym ostatnie zapiski w pamiętniku pilota z 17 marca 1942 r.
„Dziś miałem list od pani Aliny S. Została nią w końcu lutego. Przypuszcza, że nie mam żalu do niej, że mnie wcześniej nie zawiadomiła. Mam żal i to wielki. Potraktowała mnie jak zupełnie obcego, więc chyba byłem jej obcym. (...) Czy jest sens, żeby matkowała mi po dawnemu, kiedy teraz jest panią Żoną? Oczywiście, że nie” – stwierdzał kategorycznie w swoich ostatnich notatkach Polak.
Niestety, Bolesław Uszpolewicz nic więcej nie zdążył zanotować w swoich dziennikach. Zginął 26 marca 1942 r. podczas lotu operacyjnego niedaleko wybrzeży holenderskich, 3,5 km na wschód od lotniska De Kooy.
Adopcja w dobrym tonie
Pamiętników podobnych do zapisków Bolesława Uszpolewicza znaleźć można zapewne wiele. Notatki polskiego pilota, dla miłośników i pasjonatów tamtego okresu, mają jednak szczególny charakter. Mówią to, o czym podręczniki historii milczą – m.in. o „mateczkach” i zwyczaju „adoptowania” lotników znad Wisły przez zafascynowane ich odwagą i męstwem Angielki.
– Jedynym źródłem wiedzy na ten temat są rozmowy z weteranami, nieliczne książki i lektura różnych niepublikowanych wspomnień – mówi Wojciech Zmyślony.
Jednak nie tylko polscy lotnicy mieli swoje „matki chrzestne”. W tym samym czasie przyjął się także zwyczaj „adoptowania” całych dywizjonów przez brytyjskie „ladies” ze starych rodów. I tak 303. Dywizjon Myśliwski im. T. Kościuszki został adoptowany przez Mrs. Smith-Bingham, 315. Dyw. Myśl „Dębliński” przez Lady Jersey, natomiast 300. Dyw. Bombowy „Ziemi Mazowieckiej” przez Lady Hore. Panie te organizowały dla lotników urlopy, prezenty świąteczne, zaszczycały ich swoją obecnością podczas różnych uroczystości. Deklarowały również, że na wypadek śmierci lotnika przekażą po wojnie jego rodzinie pamiątki po nim oraz wszelkie informacje.
– Niestety, „matkowanie” Polakom przez angielskie młode damy nie trwało zbyt długo. Moda na Polaków przeszła, kiedy w Wielkiej Brytanii pojawili się Amerykanie ze swoimi wysokimi żołdami, pończochami dla pań i jitterbugiem (popularny w latach 40. amerykański taniec – przyp. red.). Wtedy Polacy poszli w odstawkę – podsumowuje Wojciech Zmyślony.
Katarzyna Kopacz